Pragmatyczni Chińczycy, którzy w 2025 r. przyłączyli do sieci 315 GW fotowoltaiki i 119 GW wiatru, a jednocześnie rekordowe 78 GW mocy węglowych – siedzą na wzgórzu i patrzą, jak truchło europejskiej gospodarki spływa z wodami deindustrializacji.
W Europie energetyką zajmują się wszyscy: europeiści, politolodzy, kulturoznawcy, prawnicy – tylko nie energetycy. Jeden z wiodących zespołów analitycznych ds. energetyki chwali się wykształceniem poszczególnych członków, znajdziemy tam absolwentów artes liberales i uzdolnionych wiolonczelistów. Inżynierów energetyków próżno szukać. Ale po cóż w zespole energetycy, kiedy sprawa jest czysto religijna.
Dogmat o szkodliwości emisji CO2 zawiera również prymat tej sprawy nad wszystkim innym, w tym potrzebami zbrojeniowymi czy społecznymi. Tak jak kiedyś Galileusz mierzył się z inkwizycją (Kopernik szczęśliwie dożył swoich dni, zanim jego teoria stała się problemem), dziś heretycy podważający cele ograniczania emisji skazani są na wykluczenie z „europejskiej wspólnoty wartości”.
Szkodliwy nie jest pogląd, że OZE to przyszłościowe rozwiązanie, tak jak nie jest szkodliwe twierdzenie, że węgiel powinien być podstawą polskiej energetyki na dekady do przodu
Kult wiatraków
Wiatraki stały się obiektem kultu, a ci, którym psują one widoki, spotykają się z oburzeniem znacznie większym niż osoba, której przeszkadza dźwięk kościelnych dzwonów. „Cóż europeistka wie o energetyce?” – zapytałby ktoś – przecież energetyka europejska opiera się na prawach fizyki tak samo jak azjatycka. Otóż nie: energetyka europejska jest inna, lepsza, wyższa moralnie i słuszniejsza – od wszystkich pozostałych. Humaniści wykształceni na kulturoznawstwie i artes liberales nie są od tłumaczenia sprawności technicznej i efektywności ekonomicznej. Ich rolą jest pilnowanie religijnej czystości europejskiej wspólnoty. Nie ujmując nic tym szlachetnym specjalnościom, ich zajmowanie się energetyką jest równie dziwne jak byłoby to, gdyby na miejscu lekarza rodzinnego w przychodni usiadł finansista, a inżynierowie energetycy wyparli z baletu tancerzy.
W tym wszystkim szkodliwy nie jest pogląd, że OZE to przyszłościowe rozwiązanie, tak jak nie jest szkodliwe twierdzenie, że węgiel powinien być podstawą polskiej energetyki na dekady do przodu – debata i ucieranie poglądów są esencją najlepszych, europejskich wartości. Szkodliwe jest natomiast religijne podejście do energetyki, które uniemożliwia debatę praktyczną: skupioną na budowie systemu energetycznego, który dostarczy jak najtańszą energię. Znany polski przedsiębiorca głosi: „Węgiel w Polsce się skończył!”. Ciekawy pogląd w kraju należącym do pierwszej dziesiątki pod względem zasobów węgla spośród 200 krajów świata. Jednak prawda nie jest tu istotna – istotne jest głośne wyznanie wiary: wierzę w OZE i wyrzekam się węgla!
Pragmatyczni Chińczycy przewidują, że węgiel będzie odgrywał w ich energetyce istotną rolę do lat 60. obecnego stulecia, kiedy to ma „w podstawie” energetyki zostać w pełni zastąpiony przez atom
Pragmatyzm Chińczyków w sprawie energetyki
Chińczycy podłączyli do sieci w minionym roku rekordowe 78 GW nowych mocy węglowych. Nie to jest jednak najważniejsze. Chiny zrealizowały w ostatnich latach potężny program retrofittingu swoich relatywnie młodych bloków węglowych, obejmujący jednostki o łącznej mocy ponad 360 GW. Program ten służył zwiększeniu ich efektywności, zmniejszeniu emisyjności, a także – zwiększeniu elastyczności, czyli ich możliwości dynamicznej współpracy z kapryśnymi, pogodozależnymi OZE.
Pragmatyczni Chińczycy przewidują, że węgiel będzie odgrywał w ich energetyce istotną rolę do lat 60. obecnego stulecia, kiedy to ma „w podstawie” energetyki zostać w pełni zastąpiony przez atom. W normalnym świecie, gdzie liczy się efektywność i niskie ceny energii, poszukuje się najlepszej współpracy bloków węglowych z OZE, aby maksymalizować efektywność ekonomiczną całego systemu energetycznego kraju. Takie podejście daje Chinom ceny energii 3-5 razy niższe niż w Europie. Obecna wersja chińskiego komunizmu wierzenia w zeroemisyjność traktuje jako opium dla europejskich mas – które Chińczycy chętnie nam (o ironio!) dostarczają – za to w chińskiej energetyce konsekwentnie narzuca się ateizm klimatyczny.
Co z modernizacją bloków węglowych
Próba zastosowania takiego elastycznego i zdroworozsądkowego podejścia, w którym wszystkie źródła – w tym OZE i węgiel – współpracują ze sobą na rzecz najniższych cen energii, podjęta została w ostatnich latach również w Polsce. Program NCBiR „Bloki 200+” wypracował gotowe, niskokosztowe metody retrofittingu gierkowskich bloków 200 MW, aby stały się one bardziej elastyczne, mniej emisyjne, a jednocześnie zdolne do funkcjonowania przez kolejnych 15-20 lat.
Implementacja tych rozwiązań, umożliwiających blokom węglowym dynamiczną współpracę z OZE – przyniosłaby w Polsce konkretne i bardzo duże korzyści dla gospodarki. Niestety, religijne podejście do energetyki czegoś takiego nie dopuszcza. W Europie OZE jest błogosławieństwem, a węgiel diabelstwem – jakże więc mogłyby współpracować? Od dekad dogmatycznie utrzymuje się niedoinwestowanie górnictwa i energetyki węglowej w Polsce, w szczególności brak modernizacji technologicznych i inwestycji kontynuacyjnych. Zdroworozsądkowe podejście, w którym inwestujemy w energetykę węglową i górnictwo węgla, aby lepiej akomodować przyłączane do sieci OZE – obce jest religii zeroemisyjności.
Polski węgiel ma zostać zastąpiony przez gaz ziemny – importowany, bo przecież własnych złóż nie mamy nawet na tyle, aby pokryć zapotrzebowanie przemysłu nawozowego i chemicznego. Bez względu na zagrożenia bezpieczeństwa związane z importem (doświadczamy ich obecnie) i bez względu na koszty budowy nowej infrastruktury, chcemy wszystkie nasze elektrownie i elektrociepłownie węglowe zastąpić gazowymi.
Cała przyszłość gospodarcza naszego kraju i Unii Europejskiej zależy od tego, czy odbierzemy energetykę piewcom dogmatów klimatycznych i oddamy ją na powrót w ręce inżynierów i finansistów
Dogmat o wyższości gazu nad węglem
To ekstrawaganckie podejście nieznane jest Chińczykom. Oni energetykę opierają na węglu, bo go mają, a nie na gazie, którego nie mają. Jednak zgodnie z dogmatami Komisji gaz jest niżejemisyjny niż węgiel i tylko to się liczy. Cóż z tego, że europejskie wyliczenia emisyjności – jakże dziwnym trafem – dotyczą gazu dostarczanego gazociągiem typu Nord Stream, a nie gazu LNG, który zaczyna w Europie dominować, a pochłania ogromne ilości energii na skroplenie, transport i regazyfikację? Przecież dogmatu o wyższości gazu nad węglem naruszyć nie można, bez względu na to, jakie były okoliczności jego ustanowienia za czasów Gerharda Schrödera...
Pragmatyczne chińskie podejście, w którym korzystalibyśmy z taniego i dostępnego w Polsce węgla w podstawie energetyki i ciepłownictwie jeszcze przez co najmniej 40 lat, do czasu, aż zostanie w pełni zastąpiony przez atom – jest w naszej zeroemisyjnej religii niedostępne.
Chińczycy, siedząc na wzgórzu, z rozbawieniem obserwują naszą religijną wojnę OZE z węglem, patrząc, jak trup europejskiej potęgi gospodarczej jako ofiara tej wojny spływa z nurtami deindustrializacji. Cała przyszłość gospodarcza naszego kraju i Unii Europejskiej zależy od tego, czy odbierzemy energetykę piewcom dogmatów klimatycznych i oddamy ją na powrót w ręce inżynierów i finansistów skupionych wyłącznie na niskiej cenie energii, nim będzie za późno.
Opinie publikowane w „Rzeczpospolitej” są elementem debaty publicznej i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy redakcji.