Po pierwsze, Zbigniew Jagiełło jest dobrze oceniany przez rynek i zaledwie półtora miesiąca temu dostał skwitowanie walnego zgromadzenia akcjonariuszy. Od tego czasu nie wydarzyło się nic, co podważałoby jego kompetencje do dalszego kierowania bankiem.
Jeśli skarb, który kontroluje PKO BP, ma jakieś istotne powody do forsowania tej dymisji, powinien je publicznie przedstawić. To tym ważniejsze, że – po drugie – kadencja obecnego zarządu trwa planowo jeszcze blisko dwa lata. I wreszcie – po trzecie – PKO BP nie jest prywatnym folwarkiem urzędników państwowych, tylko wielką spółką notowaną na giełdzie, a to zobowiązuje do prowadzenia klarownej i stabilnej polityki personalnej.
Próba zamachu stanu w banku kierowanym od sześciu lat przez Jagiełłę szkodzi spółce, której kurs i tak jest pod presją PiS-owskich planów wprowadzenia podatku bankowego.
Na finiszu kadencji parlamentu politykom rządzącej koalicji najwyraźniej puszczają nerwy. To rodzi podejrzenia, że w istocie nie chodzi o różnice co do strategii PKO BP – te wszak ujawniłyby się wcześniej – ale o np. spadochrony, jakich mogłaby udzielić ta wielka instytucja osobom związanym z partią, która może stracić w październiku władzę. Innego sensu takiego polowania „last minute" na prezesa nie widzę.
To z kolei przypomina o gigantycznym zaniedbaniu obecnej koalicji, która obejmując władzę, obiecywała sprofesjonalizować politykę personalną w państwowych spółkach: przyciągnąć menedżerów sprawdzonych w sektorze prywatnym, dając im przyzwoite zarobki. A przede wszystkim odgrodzić ich od polityków.