Próby optymalizacji zysków nikogo nie powinny dziwić – firmy są po to, by zarabiać. Na dodatek te notowane na giełdzie muszą wykazywać coraz lepsze wyniki, by zaspokoić apetyt inwestorów. Ale czy na dłuższą metę są w stanie to robić?
Tnąc koszty, często redukują zatrudnienie, szukają jednocześnie sposobów, jak wycisnąć jak najwięcej ze swoich klientów. Przy obecnym nasyceniu usługami np. telefonii komórkowej trudno bowiem o nowych. Tylko czy duże korporacje, zwalniając swoich pracowników, nie dokładają się do zmniejszenia własnej bazy klientów? Bezrobotnym trudno sprzedać więcej usług.
Weźmy na przykład Orange Polska. Spółka mocno zacisnęła pasa. W 2014 r. zatrudnienie w firmie spadło o 2 tys. osób., a koszty płac obniżono o 110 mln zł. I gdyby nie wpływ sprzedaży Wirtualnej Polski, EBITDA wzrosłaby nawet o 65 mln zł. Podobną drogą idą bankowcy. Podczas gdy w zeszłym roku sektor odnotował rekordowy zysk 16,2 mld zł, zatrudnienie w bankach zmniejszyło się o ponad 1000 osób. Licząc od 2011 r., spadło o 5,4 tys. osób. Wyjątkowo niskie stopy procentowe utrudniają bankom zarabianie, więc branża stara się podnosić opłaty dotychczasowym klientom i szukać wysokomarżowych produktów.
Czy dokładając się do zwolnień, telekomy i banki w dłuższej perspektywie nie będą tracić klientów? Ktoś mógłby zarzucić mi ignorowanie faktów – w końcu stopa bezrobocia rejestrowanego spadła ostatnio do zaledwie 10,3 proc., a ekonomiści wieszczą kolejne spadki.
Tylko czy tym statystykom należy bezkrytycznie wierzyć? Bezrobocie rejestrowane, liczone na podstawie zgłoszeń do urzędów pracy, jest wyjątkowo niedoskonałym miernikiem sytuacji na rynku pracy. Bo niby dlaczego wszyscy bezrobotni mieliby się do tych urzędów zgłaszać? Większości z nich przysługuje zasiłek tylko przez sześć miesięcy. I żeby go dostać, trzeba przez poprzednie 18 miesięcy przepracować rok, odprowadzając składki na Fundusz Pracy.