Pewnie nie interesowalibyśmy się tak bardzo reformą podatkową w Stanach Zjednoczonych, gdyby nie to, że jej losy mają bezpośredni wpływ na całą światową gospodarkę. Globalny rynek finansowy wycenia szansę realizacji wyborczych obietnic prezydenta Trumpa i ich znaczenie dla wzrostu gospodarczego.

Inwestorzy lubią niskie podatki i stymulację gospodarki przez wydatki publiczne, bo ich pozytywne efekty są szybkie i spektakularne. Ekonomiści są bardziej powściągliwi, bo widzą koszty, stawiają pytania o źródła finansowania i długookresowe następstwa. Ale to nie ekonomiści decydują przecież o wycenie akcji czy poziomach kursów walutowych.

W przypadku reformy podatkowej w Stanach mamy do czynienia z ciekawą sytuacją, bo zderzają się tu ze sobą dwie koncepcje. Pomysły większości republikańskiej na podatki są – w mojej ocenie – nie do pogodzenia z pomysłami prezydenta. Kongres jest pragmatyczny i stara się uchwycić istotę amerykańskich problemów z podatkami. Z propozycjami Kongresu ekonomista może się zgadzać lub nie. Ale przewodniczący Paul Ryan ze swoją koncepcją jest partnerem dla merytorycznej dyskusji.

Prezydent Trump ze swoim zarysem zmian wychodzi naprzeciw oczekiwaniom rynku. Ale celem tych propozycji nie jest zreformowanie niezbyt optymalnego systemu. Celem jest udowodnienie wyborcom, że prezydent realizuje swoje obietnice. Bez względu na koszty. Czy my tego podejścia skądś aby nie znamy?

Zarys z głową: adresowany raczej do wszystkich

Co proponuje zrobić z podatkami Ryan? Można to spróbować ująć w kilku punktach.

Po pierwsze – racjonalna cześć republikanów chciałaby zmienić system opodatkowania korporacji z ogólnego na terytorialny. Dziś wszystkie firmy amerykańskie, również te wytwarzające i sprzedające swoje produkty za granicą, zobowiązane są płacić podatki w Stanach, jeżeli repatriują tu zyski. Stwarza to oczywistą zachętę do przetrzymywania ich poza granicami.

Terytorialne opodatkowanie, w miejsce dzisiejszego systemu „ogólnoświatowego", gdyby połączyć je z racjonalną, czyli w tym wypadku neutralną budżetowo obniżką podatków korporacyjnych, poprawiłoby pozycję konkurencyjną i stanowiło zachętę do plasowania produkcji w Stanach.

Po drugie – grupie reformatorów chodzi o przeniesienie ciężaru opodatkowania z dochodów na konsumpcję. Miałoby to być osiągnięte przez system zwolnień z podatku dochodowego reinwestowanych zysków. Jeśli ktoś chce zyski konsumować, musi za to odpowiednio dużo zapłacić. Dzisiejszy system zdecydowanie za słabo premiuje inwestycje, a zbyt łagodnie traktuje konsumpcję.

Po trzecie – w centralnym punkcie propozycji senackich republikanów plasuje się zmiana systemu opodatkowania z miejsca wytworzenia na miejsce dostarczenia. Chodzi o to, że dziś opodatkowuje się wszystko, co jest wyprodukowane w Stanach, bez względu na miejsce, gdzie ta produkcja jest ostatecznie plasowana. Wprowadzenie opodatkowania w miejscu dostarczenia zbliżyłoby system amerykański do europejskiego, bo przy zerowej stawce opodatkowania eksportu i opodatkowaniu miejscowymi stawkami importu mielibyśmy coś na kształt naszego VAT.

Propozycja „granicznego podatku dostosowawczego" pojawiła się w programie wyborczym Trumpa, ale – jak sądzę – bez zrozumienia jej istoty. Ta propozycja ma istotne mankamenty ekonomiczne. Choćby to, że prowadzi do wzrostu popytu zagranicznego na dolary (więcej podatków płaconych przez eksporterów do Stanów), przy równoczesnym spadku podaży dolarów za granicą. Prowadzić to może do aprecjacji dolara. A to z kolei oznacza potanienie importu.

Można się jednak założyć, że to nie ten solidny argument przesądził o tym, że border adjustment tax nie trafił do pakietu podatkowego Trumpa, zarysowanego dla uczczenia 100 dni prezydentury. Chodziło raczej o opór potężnych sieci detalicznych, uzależnionych od sprzedaży importowanych produktów i obawy o wzrost cen dla konsumentów.

Po czwarte – dzisiejszy system podatkowy w Stanach jednoznacznie preferuje formę finansowania działalności korporacyjnej długiem. Odsetki płacone posiadaczom emitowanych obligacji są wyłączone z podstawy opodatkowania. Nie można tego jednak robić w przypadku dywidend wypłacanych akcjonariuszom. Wynik jest łatwy do przewidzenia.

Zachęty podatkowe stanowią preferencję dla emisji obligacji kosztem akcji i udziałów. Dług jest z definicji bardziej podatny na zmiany rynkowe następujące w krótkim czasie, a to oznacza mniej stabilności i większą zmienność. Przedsiębiorcy zmienności nie lubią. Ale gracze na rynku finansowym wprost za nią przepadają.

Propozycja odebrania uprzywilejowanej pozycji emisji długu nad emisjami udziałów, stanowi mocny merytorycznie punkt propozycji podatkowych republikańskiej większości w Senacie. W zarysie Trumpa jednak jej nie ma.

Zarys bez głowy: adresowany bardziej do niektórych

Co tam w takim razie się zmieściło? Generalnie, chodzi o to, żeby zrobić wszystkim, dobrze. Ale niektórym jeszcze lepiej. Czy jest w tym jakaś całościowa koncepcja? Wydaje się, że tak. Chodzi mianowicie o to, żeby grupa zadowolonych była liczniejsza niż niezadowolonych. Czy jest to koncepcja reformy systemu podatkowego? Bez żartów.

Entuzjazm korporacji dla obniżenia marginalnej stopy opodatkowania zysków z 35 proc. do 15 proc. jest zrozumiały. Nie jest jednak powszechny, bo dla niektórych branż taka redukcja połączona z eliminacją ulg podatkowych i prawa do odpisów oznaczałaby wzrost efektywnej stawki opodatkowania. Ważne dla Trumpa jest, komu się polepszy najbardziej. Przypadkowo, bliższym mu sektorom: finansowemu, deweloperom...

Koszt tej operacji, w postaci utraconych dochodów podatkowych, nie został ujęty w zarysie prezentowanym przez sekretarza skarbu i głównego doradcę ekonomicznego prezydenta. Został jednak już wcześniej oszacowany przez niezależnych ekspertów. Sięga 2,1 bln dol. w ciągu dekady. Problem przekwalifikowania części dochodów osobistych na dochody korporacyjne został zasygnalizowany, ale nie załatwiony.

W zarysie Trumpa znalazła się też propozycja adresowana do ogółu podatników płacących daninę od dochodów osobistych. Składa się z czterech punktów: marginalna stawka ma zostać zredukowana z 39,6 proc. do 35 proc. Liczba progów podatkowych ma być ograniczona z siedmiu do trzech (10 proc., 25 proc., 35 proc.). Ich wysokość nie została w zarysie ujęta. Stawka 0 proc. ma dotyczyć dochodów osobistych do 24 tys. dol. rocznie na wspólnie rozliczającą się parę, standardowa ulga podatkowa (dziś 6350 dol. dla pojedynczego podatnika) ma być bowiem podwojona.

Zniknąć ma podatek na Obamacare (3,8 proc.) doliczany dotąd do podatków od zysków kapitałowych. Zlikwidowany ma zostać podatek od dziedziczenia. Podobnie jak alternative minimum tax (AMT jest czymś w rodzaju domiaru nakładanego na ludzi bardzo zamożnych, którzy starają się nie płacić podatków osobistych). Złagodzone mają być podatki od nieruchomości.

Trump proponuje likwidację wszystkich odliczeń w podatkach osobistych, poza odsetkami od kredytów hipotecznych i darowizn. Zlikwidowane mają zostać dotychczasowe federalne odpisy od podatków stanowych i lokalnych.

W pakiecie zmieściła się też zapowiedź preferencyjnej, jednorazowej ulgi podatkowej dla zysków repatriowanych przez korporacje amerykańskie z zagranicy. Również bez ujawnienia stawki, którą w kampanii Trump określał na 10 proc. (republikanie w Senacie mówią o 8,75 proc. od gotówki i 3,5 proc. od kwot zainwestowanych w aktywa za granicą). I to wszystko.

Obniżka podatków na lat dziesięć

Pakiet, już bardziej uszczegółowiony, ma trafić teraz do prac w Kongresie. Prezentując ten zarys sekretarz skarbu nie ukrywał, że nie może on być budżetowo neutralny (według wielu szacunków kosztować będzie ponad 7 bln dol. w ciągu dekady). A to oznacza, że nawet przy założeniu pełnego poparcia ze strony republikańskiej większości (co samo w sobie jest założeniem dość karkołomnym), a bez poparcia demokratów pakiet może wejść w życie jedynie na zasadzie rekoncyliacji, poparty zwykłą, a nie kwalifikowaną większością głosów w Senacie.

W myśl tej zasady, obniżki podatków automatycznie wygasną, jeśli utrata dochodów nie zostanie w okresie dziesięciu lat zrekompensowana. Administracja Trumpa wolałaby obniżki stałe niż przejściowe, ale doprawdy trudno byłoby wskazać na świecie rząd, którego „horyzont inwestycyjny" wykraczałby poza dekadę. Lepiej mieć dla wyborców coś teraz, niż nic nigdy.

Nawet najzagorzalsi wyznawcy „krzywej Laffera", o ile są praktykami, a nie teoretykami, wiedzą, że pełna rekompensata utraconych dochodów podatkowych nie jest możliwa. Z reguły większa aktywność podmiotów gospodarczych rekompensuje ok. jednej trzeciej utraconych dochodów.

W zderzeniu dwóch koncepcji podejścia do podatków, z jaką mamy teraz do czynienia w łonie republikanów, chodzi jednak o coś więcej niż tylko wzrost deficytu i długu publicznego Stanów o kolejne bilony dolarów. Chodzi o wyraźne preferencje dla politycznej krótkowzroczności przed poczuciem odpowiedzialności za kraj. Popularność na kolejną kadencję można sobie kupić. Tyle że odbywa się to kosztem przyszłych pokoleń podatników. Jak widać, wśród rządzących na całym świecie bez wyjątku króluje formuła: po nas choćby potop.

Nie wiem, czy z zarysu racjonalnej, obejmującej propozycje zmian systemowych, reformy podatkowej firmowanej przez przewodniczącego Paula Ryana coś się ostanie w starciu z prostą jak cep strategią prezydenta. Ale jedno jest pewne: Trump ma w nosie Amerykę za dziesięć lat. Ona interesuje go tylko dziś. Tu i teraz. Prawdziwy mąż stanu ery faktów alternatywnych.

Janusz Jankowiak jest głównym ekonomistą Polskiej Rady Biznesu. Absolwent SGPiS, dwukrotny laureat konkursu „Rzeczpospolitej" i NBP na najlepszego analityka makroekonomicznego roku. Stypendysta Komisji Europejskiej.