W odpowiedzi na kryzys nastąpił wysyp skomplikowanych regulacji prawnych mających zwiększyć bezpieczeństwo i ograniczyć ryzyka podejmowane przez banki. Niemniej wcześniej głównym problemem nie był brak kryteriów, mierników i wskaźników, ale ich nieprzestrzeganie i powszechne na to przyzwolenie. Coraz lepiej widać też, że nadal znaczenie mają interesy poszczególnych państw, a podejmowane działania są z reguły gaszeniem pożarów.

Pomimo wdrożenia wielu zmian, nie udało się niestety rozwiązać dwóch istotnych problemów. Po pierwsze, nadal istnieją duże, systemowo ważne instytucje finansowe, które wciąż mogą stanowić zagrożenie nie tylko dla stabilności systemów finansowych państw, ale także ich finansów publicznych. Po drugie, brak pomysłu na rozbrojenie tykającej bomby rządowych papierów wartościowych w bilansach europejskich banków. Papiery te przez prawodawstwo unijne uznawane są za pozbawione ryzyka, ale w praktyce tak nie jest. Banki nie mają ograniczeń w ich nabywaniu, a rządy cieszą się, że są inwestorzy finansujący państwo. Tymczasem ryzyko związane z tymi papierami nie jest właściwie zmierzone i zabezpieczone, przez co może stać się przyczyną kolejnej odsłony kryzysu.

Niebezpieczna jest też wiara w ponadprzeciętne zdolności banków centralnych do radzenia sobie ze zjawiskami kryzysowymi. Nie sposób nie zauważyć zmiany ich roli: z instytucji „na uboczu" polityki gospodarczej stały się graczami pierwszoplanowymi, „superrządami", „ostatnią deską ratunku" w pobudzaniu wzrostu. Banki centralne (nie dotyczy to NBP) zaczęły świadczyć bezpośrednią pomoc rządom i instytucjom finansowym, „pompować" w gospodarkę niewyobrażalnej wcześniej ilości pieniędzy. Dziś trudno przewidzieć, jaki będzie długoterminowy skutek „zrzucania pieniędzy z helikopterów", a potem powrotu do normalności.

Na wyzwania te nakłada się bardzo wysokie (i wciąż rosnące) ryzyko polityczne, które można potraktować jako kolejną odsłonę współczesnego, globalnego kryzysu. Można tu wymienić ograniczenia traktatowe i brak realnej szansy na ich zmianę. Do tego dochodzi brexit, a głównie rosnący brak poparcia społeczeństw dla dotychczasowej polityki unijnej. To zaś stawia pod znakiem zapytania przetrwanie UE w dotychczasowym kształcie i rodzi pytania o Unię dwóch, a może więcej prędkości.

Zewnętrzne ryzyko polityczne – destabilizacja krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, nowa fala terroryzmu, agresywna polityka Rosji i Korei Północnej – też będzie kładło się cieniem na gospodarce. Prowadzić ono będzie do wzrostu wydatków na obronność. Państwom coraz trudniej będzie pogodzić większe wydatki na zbrojenia ze wzrostem wydatków socjalnych.

W Polsce mamy dodatkowo pilną potrzebę zwiększania długoterminowych oszczędności. Pod tym względem jesteśmy w ogonie Unii, zarówno w odniesieniu do PKB, jak i biorąc pod uwagę odsetek dochodów indywidualnych przeznaczanych na oszczędności.

A przecież oszczędności są niezbędne do finansowania rozwoju gospodarczego państwa, zapewnienia jego stabilności finansowej i uniezależnienia od kapitału zagranicznego, który równie szybko może przypłynąć, jak i odpłynąć. Obywatelowi oszczędności dają poczucie bezpieczeństwa i zabezpieczenie na czas emerytury. I właśnie dla zapewnienia wyższych dochodów na emeryturze i zmniejszenia ryzyka społecznego niezadowolenia dla rozwoju rynku kapitałowego wprowadzić należy ulgi podatkowe dla oszczędzających długoterminowo. Jeśli nie zostaną zwiększone oszczędności długoterminowe Polaków, w przyszłości będzie dochodzić do protestów społecznych.

Czas najwyższy zatem (jeśli nie jest już za późno) porzucić krótkowzroczne patrzenie i partykularne interesy na rzecz długoterminowej strategii. Niestety, Komisja Europejska, a także strefa euro nie posiadają do tej pory dalekosiężnej wizji i sprawnego przywództwa.

Małgorzata Zaleska, dyrektor Instytutu Bankowości SGH, przewodnicząca Komitetu Nauk o Finansach PAN