Devon zdalnie steruje ruchem robota. Maszyna zbudowana przez VGo Communications może się samodzielnie poruszać na kołach, ma kamerę i wyświetlacz. Umożliwia tzw. zdalną obecność (albo teleobecność) - dzięki połączeniu wideo i głosu oraz poruszania się robota inne dzieci mają złudzenie, że Devon jest tuż obok.
Oczywiście robot nie próbuje udawać człowieka. Ma ok 1,2 metra wzrostu, a rama do której przymocowane są podzespoły kształtem przypomina szachowego pionka. Oprogramowanie robota samo wykrywa schody i zatrzymuje się przed nimi. W takim przypadku przenieść musi go nauczyciel (robot waży zaledwie kilkanaście kilogramów). Nie ma też rąk - gdy chłopiec chce się zgłosić do odpowiedzi po prostu zapala diodę na korpusie maszyny.
Pierwotnie robot VGo został zaprojektowany jako pomoc dla biznesu i zastosowań medycznych. Miał służyć jako narzędzie do bardziej realistycznych wideokonferencji, a także do wirtualnych odwiedzin lekarzy.
Robot w szkole zamiast ucznia
Życie znalazło dla tej technologii nowe zastosowanie. Korzystają z niej uczniowie, którzy nie mogą sami chodzi do szkoły. Devon Carrow cierpi na rzadkie przewlekłe zapalenie przełyku. Ma też silną alergię na mleko i orzeszki. Z tego powodu musi zostać w domu - wizyty w szkole kończyły się w szpitalu. Jego matka była jednak uparta i przekonała władze szkoły, że jej syn równie dobrze może się uczyć zdalnie.
- Jest bardzo fajnie. To trochę jak granie w gry komputerowe - mówi Devon. - Tylko że twoim celem jest naprawdę przeżyć.
Z robota VGo korzysta jeszcze kilkoro uczniów w New Jersey, Wisconsin, Teksasie i Iowa. W przypadku Devona Carrowa koszty - 6 tys. dolarów na robota i 100 dolarów miesięcznie za serwis - pokrywa samorząd.
- Nie traktujemy go inaczej niż innych - mówi o wirtualnym uczniu nauczycielka Dawn Voelker. - Musi odrabiać prace domowe, jego mama musi podpisywać dzienniczek. I ciągle ma normalne zadania w klasie. Musi też uważać, chociaż czasem widzę, że znika sprzed kamery.