Ile można utargować, kupując mieszkanie w czasie wakacji, a więc w teoretycznie martwym sezonie? Sprawdziliśmy to jako klienci, dzwoniąc do ogłoszeniodawców. Okazuje się, że wbrew oczekiwaniom można liczyć jedynie na symboliczne rabaty rzędu kilku tysięcy złotych.
[srodtytul]Są inni chętni[/srodtytul]
Trzy pierwsze telefony do właścicieli mieszkań ogłaszających się w Internecie i od razu trzy pudła.
– Lokal już sprzedałem, oferta jest nieaktualna – ucina były właściciel 50-metrowego mieszkania przy ul. Siemiatyckiej na Bemowie. Dwupokojowy lokal z lat 70. został wystawiony w pierwszej połowie czerwca z ceną ofertową 357 tys. zł (7,14 tys. zł za mkw.).
Nie uda się nam także kolejna transakcja. Tym razem upatrzyliśmy sobie 31-metrową kawalerkę w niskim bloku przy ul. Magellana na Ursynowie. Stawka wywoławcza: 300 tys. zł (9,67 tys. zł za mkw.). – Jestem już po podpisaniu umowy przedwstępnej. Wszystko wskazuje, że transakcja lada moment zostanie sfinalizowana – usłyszeliśmy od właściciela lokalu, który trafił do sprzedaży w ostatnich dniach czerwca.
Po umowie przedwstępnej jest już także właściciel kolejnego ursynowskiego jednopokojowego lokalu przy ul. Koncertowej. 33-metrowe mieszkanie w bloku z lat 70. zostało wystawione na początku maja. Cena wywoławcza wynosiła 310 tys. zł (9,3 tys. zł za mkw.).
Nieco więcej szczęścia mieliśmy u właściciela dwupokojowego mieszkania przy ul. Reymonta na Bielanach. 47-metrowe lokum w ceglanym bloku z końca lat 50. ubiegłego wieku trafiło do internetowych ogłoszeń z ceną 369 tys. zł. (7,85 tys. zł za mkw.). – Mam już pewnego kupca na to mieszkanie – zastrzega od razu sprzedający. Nie ukrywa, że lokal wymaga odświeżenia, bo przez ostatnie lata był wynajmowany. – Ale wszystkie instalacje są już wymienione. W zasadzie można tu od razu zamieszkać – mówi właściciel. Na pytanie, za ile realnie byłby nam w stanie mieszkanie sprzedać, odpowiada, że 360 tys. zł w zasadzie ma już w kieszeni. – Bo tyle mi daje chętny, z którym umawiam się na podpisanie umowy. Jak chce dać pani więcej, to zapraszam – mówi. Tymczasem ja chcę dać mniej. – A to nie ma o czym mówić – ucina rozmowę.
[srodtytul]Negocjacje – przy stole[/srodtytul]
Nie ubiegł nas nikt w kilku innych przypadkach. Do oglądania mieszkania zachęca np. sprzedający dwupokojowe 39-metrowe lokum przy ul. Belwederskiej na Mokotowie.
– Blok z cegły jest naprawdę w znakomitej lokalizacji, parę minut spacerem od Łazienek – podkreśla właściciel. – Poza tym trzy lata temu zostały wymienione wszystkie instalacje. Po renowacji jest klepka na podłodze, teraz tylko trzeba lokal pomalować. Ja sam się tym zajmę – obiecuje. Wszystko nam się w zasadzie podoba poza ceną: 380 tys. zł (9,74 tys. zł za mkw.), i piecykiem gazowym. – Cena jest oczywiście do negocjacji. Ale musi pani przyjechać, obejrzeć lokal i wtedy spokojnie o tym porozmawiamy – zachęca sprzedający. I zaraz uspokaja: piecyk jest nowy, nie ma powodów do obaw. Poza tym wspólnota mieszkaniowa ma w planach wymianę piecyków, choć nie będzie to ani w tym, ani w przyszłym roku – nie ukrywa właściciel.
Na minimalne zniżki zgadza się sprzedająca kawalerkę o powierzchni 37 mkw. przy ul. Majdańskiej na Pradze-Południe. Nieruchomość powstała w 1980 r. w technologii rama H. Jak zapewnia właścicielka, lokal jest w dobrym stanie. – Można tu od razu zamieszkać – mówi. Cena ofertowa: 319,5 tys. zł (8,63 tys. zł za mkw.).
– Strasznie drogo jak na ramę H na Pradze – mówimy. Właścicielka zapewnia, że „coś może z ceny opuścić, ale niewiele”. – Tak na opłaty notarialne – mówi.
Na negocjacje jest otwarta właścicielka nowego mieszkania przy ul. Malborskiej na Targówku. Za kawalerkę z aneksem kuchennym (całość 31 mkw.) żąda wstępnie 305 tys. zł (9,8 tys. zł za mkw.). – Jest w to wliczone także miejsce garażowe warte 20 tys. zł – tłumaczy. – Zostaje też zabudowa kuchenna z lodówką, jest też całkiem spory, bo 4,5-metrowy, balkon. Jak pani obejrzy, możemy się jeszcze potargować – zachęca.
Niechętnie o obniżkach rozmawia właścicielka dwupokojowego lokum o powierzchni 37 mkw., które mieści się na Ochocie przy ul. Racławickiej. Za to mieszkanie na przedostatnim piętrze dziesięciopiętrowego bloku z wielkiej płyty sprzedająca chciałaby dostać 340 tys. zł (9,18 tys. zł za mkw.). – To strasznie drogo jak na takie stare budownictwo. Nie wiem, czy jakiś bank zechce mi pożyczyć pieniądze na taką nieruchomość. Dziś sporo taniej można kupić nowe mieszkanie od dewelopera – mówię. Sprzedająca zapewnia, że w tej okolicy mieszkania chodzą jednak po takich właśnie cenach.
– A to moje jest po generalnym remoncie. Nowiutka jest cała kuchnia, odnowiłam też sypialnię, są wstawione nowe łóżka. I to wszystko w cenie mieszkania. Za podobną stawkę przy ul. Racławickiej są dziś oferowane lokale do generalnego remontu – dodaje właścicielka. Zapewnia jednak, że po obejrzeniu nieruchomości możemy się zastanowić nad ostateczną ceną.