Lenny Kravitz nie szczędził w Trójmieście polskiej publiczności komplementów. Wspominał, że od pierwszego pobytu w naszym kraju wyczuł w nas wspaniałą energię.

Reklama
Reklama

Oczywiście, takie rzeczy mówi wielu artystów. Ale Lenny dodał, że powinien ze swoim zespołem pozostać w Polsce na trzy tygodnie. – I może kiedyś taki czas nadejdzie – spuentował. Nawet jeśli były to słowa wypowiedziane w emocjach, a nawet z pewną przesadą, dobrze oddawały aurę występu, opartego na świetnym połączeniu rocka, psychodelii, funku, soulu, disco, a przede wszystkim spontaniczności i wyjątkowej muzycznej maestrii.

Lenny Kravitz, świetny wirtuoz rocka

Córka Lenny’ego, Zoe – dziś wybitna aktorka – śmieje się z męskiej kokieterii ojca, który lubi prezentować swoje wysportowane ciało, ale jak wspominało wiele fanek, „takiego ciacha” trudno szukać wśród artystów. Lenny przemierzał więc scenę jak model lub nawet modelka, bujając biodrami – także dzięki butom na obcasie, a jego twarz opływały dredy. Wyglądał jak wzorcowy gwiazdor.

Rytuałem było rzucanie ręczników w stronę fanek. Komentował to autoironicznie, że jest „to lekko obrzydliwe”, na co odpowiadał mu śmiech.

Nie za to jednak fani cenią Kravitza. Muzyk, który w dzieciństwie śpiewał w prestiżowym chórze California Boys Choir pod dyrekcją wybitnego dyrygenta Erika Leinsdorfa oraz Zubina Mehty, wciąż potrafi zaśpiewać mocnego rocka czy balladę i disco falsetem, pomimo że płytą „Let Love Rule” debiutował w 1989 r. Jest muzykiem kompletnym: świetnie gra solówki gitarowe i w przeciwieństwie do wielu gwiazd solistów ma za sobą fantastyczny zespół.

Czytaj więcej

Lenny Kravitz uświetni finał Ligi Mistrzów na Wembley. Higieny życia uczył go Mick Jagger

Jak zwykle znakomicie bębniła brytyjska jazzmanka Jas Kayser, a także Craig Ross, filar zespołu Kravitza, dzięki któremu artysta może grać tak jak grali The Cream, Jimi Hendrix czy Led Zeppelin. W repertuarze koncertu nie zabrakło ekstatycznego „Are You Gonna Go My Way” czy „Fly Away” oraz „Fields of Joy” i „Mama Said”.

Lenny Kravitz wystąpił w Polsce po raz trzeci w ciągu dwóch lat

Trudno uwierzyć, że show 16 lipca w Ergo Arenie był już trzecim, który promuje najnowszy album „Blue Electric Light”. Pierwszy odbył się w lipcu 2024 r. w Łodzi, potem były Gliwice i od tego czasu Kravitz wciąż zachowuje świeżość.

Najwspanialszą częścią wieczoru było wspomniane finałowe „Let Love Rule”. Kravitz uwielbia kontakt z fanami i również tym razem zszedł ze sceny i wmieszał się w publiczność, podpisując płyty, przytulając się i obejmując. To była miłość do fanów faktyczna, nieudawana. Dlatego fani Kravitza na jego koncerty wiernie wracają.

Czytaj więcej

Nowa płyta Stonesów. Jagger: Autokraci rozmnażają się jak rój brudnych szczurów

Wielkiej jakości tego koncertu nie byłoby, gdyby nie niesamowita klasa dźwięku. W trójmiejskiej sali muzyka Kravitza brzmiała czysto i potężnie jak w audiofilskim salonie czy świetnie wykalibrowanym dźwiękowo klubie. Niezapomniane doświadczenie. Zwłaszcza po wizytach na PGE Narodowym.