Reklama

Marzena Diakun: Nie stawiać dyrygenta przed kompozytorem, najważniejsza jest muzyka

Muzyka jest nie tylko moim zawodem, ale i światem. Słucham jej prawie non stop – mówi Marzena Diakun, która w niedzielę zadyryguje koncertem inauguracyjnym Wielkanocnego Festiwalu Beethovenowskiego
Dyrygentka Marzena Diakun

Marzena Diakun

Dyrygentka Marzena Diakun

Foto: Marco Broggreve

Kiedy kilkanaście lat temu zaczynała pani dorosłe życie artystyczne, dyrygentka była kimś wyjątkowym. Kobiety narzekały, że jest im zdecydowanie trudniej zaistnieć. W ciągu ostatniej dekady sytuacja bardzo się zmieniła, właściwie każda orkiestra zaprasza dyrygentki. Jest zatem w pełni normalnie?

Zaskoczenie na widok kobiety dyrygującej, które ja odczuwałam, zniknęło. Dziś w dyrygowaniu liczy się przede wszystkim artystyczna jakość, a nie płeć. Jest to trudny zawód i dla kobiet, i dla mężczyzn; dyrygentów jest coraz więcej, orkiestr tyle samo lub mniej. Poziom dyrygentury światowej jest bardzo wysoki, konkurencja bardzo duża. Byłam niedawno w jury konkursu dyrygenckiego w Genewie i uczestniczący w nim dwudziestolatkowie i trzydziestolatkowie mogli się pochwalić poważnymi już osiągnięciami. Zresztą już ponad 10 lat temu, kiedy stanęłam do konkursu na asystenta dyrygenta Orkiestry Filharmonicznej Radia France, zostałam ostatecznie wybrana spośród ponad trzystu chętnych. Ilu z nich się zatem przebije?

Reklama
Reklama

Nie zdarza się, że orkiestra nie chcąc być posądzona o dyskryminowania kobiet, postanawia zaprosić dyrygentkę, by poprowadziła koncert?

Czas takiego ewentualnego faworyzowania kobiet jest procesem, który przeminie. Z drugiej strony, gdy dyrygentkom tak trudno było przebić się przez dominację mężczyzn, powstał konkurs „Maestra”, w którym mogły uczestniczyć tylko kobiety. Można go postrzegać jako pewien rodzaj wykluczenia płci przeciwnej, ale jest traktowany jako szansa zaistnienia, by ułatwić kobietom pokazanie swoich możliwości i zapewne przez jakiś czas tak musi być. Tym niemniej mamy już wiele bardzo dobrych dyrygentek, zatem wszystko powoli się normalizuje.

Pracowała pani z orkiestrami na świecie; był czas prowadzenia Orquestra de la Comunidad de Madrid, w tym roku obejmuje pani kierownictwo Filharmonii Reńskiej w Koblencji. Dyrygowała pani w Europie i w obu Amerykach, a nawet w Johannesburgu. Dostrzega pani różnice między orkiestrami różnych krajów?

Każda jest inna, bo każda stanowi zbiór bardzo różnych ludzi pracujących ze sobą i tworzących unikatowy mikroklimat. Tak dzieje się niezależnie od kraju, w Hiszpanii spotkałam się z tak zwaną niemiecką dokładnością wykonawczą, w Niemczech znam orkiestry, które mają niesamowity temperament, podobnie zresztą jak francuskie. Trudno mówić o jakiejś narodowościowej specyfice, za każdym razem dyrygent wchodzi w zupełnie inny świat, do którego musi się dostosować.

Trzeba mieć sposób na to, by pozyskać zaufanie zespołu?

Praca dyrygenta to przede wszystkim praca nad muzyką z utalentowanymi muzykami, więc bardzo ważne są umiejętności społeczne, zjednywania sobie ludzi i motywowania ich.

Reklama
Reklama
Koncerty
30 Wielkanocny Festiwal Beethovenowski

Tegoroczna edycja, która rozpoczyna się 22 marca, a zakończy się tradycyjnie w Wielki Piątek, 3 kwietnia, to 11 koncertów symfonicznych, 3 kameralne oraz recital brytyjskiego pianisty Barry’ego Douglasa oraz imprezy towarzyszące w Krakowie i Wrocławiu. Wystąpią najlepsze polskie orkiestry, a także Sinfonieorchester Liechtenstein i Stuttgarter Kammerorchester. Hasło przewodnie koncertów i wydarzeń brzmi: „Beethoven. Przelom klasycyzmu i romantyzmu. Muzyczną klamrę stanowi inauguracja z IX Symfonią Beethovena i finał z „Pasją według św. Łukasza” Pendereckiego. Szczegółowy program i informacje o biletach: www.beethoven.org.pl.

A czy IX Symfonia, którą poprowadzi pani na inaugurację Festiwalu Beethovenowskiego, to wielkie wyzwanie dla dyrygenta?

Każdy utwór Beethovena jest wyzwaniem, a Dziewiąta szczególnie, bo jest przepełniona rozmaitymi treściami i wielkimi emocjami. To klasyka repertuarowa, mamy wiele jej interpretacji, które warto znać, by wiedzieć, jak wielcy artyści podchodzili do tej muzyki. No i oczywiście należy znaleźć coś swojego, jak najwierniej oddając to, co w niej ukryte.

Inni tego nie zrobili wcześniej? Co można odkryć w utworze znanym z tysięcy wykonań i nagrań? Jak znaleźć własny klucz do najsławniejszej symfonii na świecie?

Odpowiedź jest prosta i trudna zarazem. Trzeba ją przefiltrować przez własną wrażliwość i zagłębić się w jej tekst. A im dłużej patrzy się w partyturę, tym więcej rzeczy się odkrywa. Poza tym, zapis nutowy utworów tamtej epoki, jak i wcześniejszych, daje wiele możliwości interpretacji. W muzyce romantycznej czy XX-wiecznej kompozytorzy coraz dokładniej dookreślali szczegóły wykonawcze, tutaj natomiast mamy więcej „wolności” w podejściu do artykulacji, czasami i frazowania, czy samej techniki wykonawczej.

Jak pani w ogóle pracuje nad utworem? Zaczyna od studiowania partytury? Przegrywa utwór na fortepianie? Słucha nagrań innych wykonawców?

Kiedy otwiera się partyturę utworu tak znanego jak IX Symfonia Beethovena, ma się w uszach muzykę, którą znamy z różnych wykonań. Muzyka, nazwijmy ją „poważna”, jest nie tylko moim zawodem, ale i światem. Słucham jej prawie non stop i do dziś – jeśli tylko mam wolną chwilę – chodzę na koncerty. Znam więc najróżniejsze interpretacje bardzo dużego zakresu repertuaru. Ale generalnie pracę zaczynam od partytury. Natomiast kiedy patrzę w nuty i czegoś „nie słyszę”, na przykład jakiejś bardziej skomplikowanej harmonii, siadam do fortepianu. Zazwyczaj jednak staram się sobie wyobrazić, jak bym chciała usłyszeć dany dźwięk danego instrumentu.

IX Symfonia trwa mniej więcej 70 minut. To dużo czasu, niektórzy dyrygenci zamieniają ją w rodzaj teatru jednego artysty. Starają się jak najefektowniej zaprezentować publiczności siebie.

Niedobrze, kiedy tak się dzieje. Dla mnie zdecydowanie najważniejsza jest muzyka, a dyrygent powinien działać w jej służbie. Nie należy stawiać siebie przed kompozytorem. Oczywiście muzyka bywa bardzo emocjonalna, a dyrygujemy całym ciałem. Jeśli jednak jesteśmy prawdziwi i służymy muzyce, na pewno nikt nie pomyśli, że robimy teatr.

Ale przez ponad godzinę trudno panować nad tym, jak się zachowujemy na estradzie, zwłaszcza gdy dyrygentowi udzielają się emocje muzyki.

One muszą być przepuszczone przez nas, to są także nasze emocje, ale trzeba zachować kontrolę, bo to ja prowadzę orkiestrę, ja buduję formę i ja decyduję, kiedy na przykład zbudować kulminację.

Reklama
Reklama

Dziewiąta to pani ulubiona symfonia Beethovena, czy też bardziej woli pani którąś inną?

Nigdy nie zastanawiałam się nad tym. Każda jest inna i każda niesamowicie wręcz nasycona dramatyzmem. Chyba jednak Dziewiątą lubię szczególnie i to nie ze względu na jej ostatnią część, a jeśli już, to przede wszystkim z uwagi na początek tej właśnie części.

A nie uważa pani, że sam finał został współcześnie zbanalizowany przez nadmierne wykorzystywanie, od muzyki reklamowej po hymn Unii?

Ale nadal uważam, że można pięknie ukształtować kulminację finału Dziewiątej. To nie musi być krzyk, a umiejętnie budowana eksplozja muzyki.

Czytaj więcej

Andrzej Giza: Dziedzictwo Pendereckich, kontynuacja z dodatkiem ewolucji

Woli pani Beethovena czy Mozarta?

Wszystko zależy od kilku pytań: Co? Z kim? Kiedy? Na wykonanie wpływać może nie tylko nasz nastrój, ale nawet pogoda i klimat. Każdy utwór, którym dyryguję jest przeze mnie na wiele sposobów przefiltrowany. Teraz zaczynam wchodzić w twórczość Brucknera i myślę, że to bardzo „mój” kompozytor, doskonale rozumiem jego idiom, choć będę zapewne długo odkrywać i poszukiwać właściwego czasu w jego muzyce. Najpiękniejsze w moim zawodzie jest to, że całe życie mogę rozwijać się i dokopywać do kolejnych warstw utworów.

Przy napiętym kalendarzu nadal ma pani czas na pracę ze studentami?

Oczywiście. Mam kilkoro studentów w Akademii Muzycznej we Wrocławiu i bardzo cenię sobie tę pracę, bo wydaje mi się, że z moim doświadczeniem mogę młodym ludziom coś przekazać. Można w ogóle zadać pytanie, czy jest możliwe nauczenie dyrygowania? Zapewne tak, jeśli chodzi o schemat poruszania rękami, natomiast najważniejsze przecież jest to, jak pracować z orkiestrą, jakie mieć podejście do niej i do muzyki. Żaden nauczyciel nie jest w stanie przewidzieć, z jakimi problemami w przyszłości może borykać się jego student, ale mogę mówić o swoich doświadczeniach i o tym, jakie muzyka niesie problemy techniczne i wykonawcze.

Relacje dyrygenta z orkiestrą bardzo się zdemokratyzowały?

Teraz nie da się pracować jak kiedyś, gdy wielki Arturo Toscanini pobił podobno rekord Guinnessa w liczbie procesów sądowych z muzykami. Żyjemy w innym świecie; w każdej działalności powinien obowiązywać szacunek do drugiego człowieka. Nawet jeśli orkiestra nie jest w pełni demokratycznym organem.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Będzie nowy dyrektor w Operze Narodowej

Beethoven dominuje muzycznie w naszej rozmowie. A przecież ważna jest dla pani i muzyka najnowsza. Założyła pani Fundację „Marzena Diakun – Per Musicam Ad Futuram”, by promować polskich kompozytorów.

Fundacja dopiero zaczyna działalność, ale rzeczywiście muzyka współczesna jest dla mnie ważna. Chcę w nią wejść głębiej i w miarę możliwości wspierać, częściej wykonywać. Zresztą zawsze była obecna w tym, co robiłam, już w początkach działalności współpracowałam z hiszpańskim zespołem Smash Ensemble i tak to trwa, choć wyszukanie czegoś wartościowego w muzyce młodego pokolenia kompozytorów bywa bardzo czasochłonne. W to, co jest obecnie pisane, zagłębiam się często w miesiącach przeznaczonych na wakacje. Jest we mnie jednak ciekawość muzyczna, lubię szukać i odkrywać nowe nazwiska.

Skoro pracuje pani tak dużo za granicą, to czy udaje się pani odkrywać tamtejszej publiczności muzykę polską?

Zaczynałam od Grażyny Bacewicz i jej utwory coraz chętniej bywają wykonywane, co jeszcze dziesięć lat temu było trudne. Kilkakrotnie w Niemczech prezentowałam IV Symfonię Karola Szymanowskiego z Szymonem Nehringiem jako solistą, została bardzo dobrze przyjęta. Staram się wprowadzać Mieczysława Karłowicza i orkiestry się na jego muzykę zgadzają, promuję Andrzeja Panufnika. A teraz dwa dni po koncercie inauguracyjnym na Festiwalu Beethovenowskim mam występ w Zurychu z tamtejszą Kammerorchester, w programie jest m.in. Koncert na orkiestrę Bacewicz i „Chaconne” Pendereckiego.

Jako szef muzyczny Filharmonii w Koblencji będzie pani bardzo zajęta?

Tak, ale starczy mi czasu na koncerty w roli dyrygenta gościnnego. Program w Koblencji jest bogaty, co ciekawe często powtarzamy przynajmniej dwa/trzy razy ten sam koncert, co jest bardzo ważne w pogłębieniu i zrozumieniu muzyki przez orkiestrę i przeze mnie. Niezależnie bowiem ile czasu trwają próby lub godziny wysiedziane nad partyturą w samotności, koncert przynosi niesamowite skupienie i otwiera na partyturę jakby na nowo moje oczy.

A kiedy mamy szansę na kolejny pani koncert?

W tym sezonie wybieram się do Bielska-Białej na koncert z Cavatina Orchestra, z którą już raz wystąpiłam. To nowa orkiestra, której rozwój obserwuję od jakiegoś już czasu. Dobrze mi się z nią współpracowało. A potem… to znak zapytania.

Muzyka klasyczna
Pożądanie, miłość i gwałt w spektaklu polskiej reżyserki w Monachium
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2026
Muzyka klasyczna
Sinfonia Varsovia i muzyka przeciwko tyranii
Muzyka klasyczna
Opera Narodowa. Trudna wspinaczka Mariusza Trelińskiego i śpiewaków
Muzyka klasyczna
Nieoczywiste tańce polskie we Francji
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama