Główny Inspektor Farmaceutyczny wydał decyzję w związku z utworem „Zakochałem się pod apteką” Taco Hemingway. Nakazuje ona usunięcie z tekstu fragmentów, które zawierają bezpośrednie odniesienia do konkretnego leku. Państwowy organ uznał bowiem, że użycie jego nazwy w jednym z utworów stanowi niedozwoloną reklamę. O zawiłościach prawnych tej sytuacji piszemy w tym numerze. Teraz skupmy się jednak na aspekcie społecznym, bo poruszenie wśród fanów artysty – i nie tylko – jest spore.

Czytaj więcej

GIF zdecydował w sprawie Taco Hemingwaya. Wytwórnia artysty zapowiada odwołanie

Czy decyzja GIF w sprawie Taco Hemingwaya jest słuszna? 

Trzeba przyznać rację tym, którzy widzą w tej sytuacji pewien paradoks. W polskim (i nie tylko) rapie od lat pojawiają się odniesienia do znacznie bardziej kontrowersyjnych substancji – od alkoholu po twarde narkotyki – i raczej nikt nie oczekuje, że instytucje państwowe będą ingerować w teksty piosenek, by „chronić” odbiorców przed ich potencjalnym wpływem. Jeśli więc uznajemy, że słuchacz potrafi odróżnić artystyczną narrację od zachęty do sięgnięcia po dany specyfik, to dlaczego akurat nazwa leku miałaby być granicą nie do przekroczenia? Oczywiście łatwiej jest zareagować na konkretną nazwę produktu niż na szeroki, kulturowy kontekst używek czy stylu życia. Tyle że czy takie wybiórcze podejście komukolwiek się przysłuży? Nie wiem. Oby. Chociaż mam wrażenie, że efekt może być odwrotny do zamierzonego. Zakazany owoc smakuje lepiej.

Czytaj więcej

Katarzyna Holik: Gdy lek trafia do wersów - granice ingerencji państwa w sztukę

Co pod decyzji GIF w sprawie Taco Hemingwaya? 

Uważam natomiast, że problem istnieje. Stanowią go odbiorcy. Często bardzo młodzi ludzie, którzy słuchają Taco Hemingway i jemu podobnych, funkcjonują w świecie przesyconym trendami i chwilowymi modami. Dla wielu decyzja urzędu może być co najwyżej ciekawostką, którą zapewne obśmieją (już widziałam memy na ten temat), a na koncertach tym głośniej będą wykrzykiwać zakazaną nazwę. Jednak może powinna też skłonić do refleksji: czy naprawdę warto bezkrytycznie podążać za wszystkim, co pojawia się w tekstach piosenek czy – szerzej – w mediach społecznościowych? Czy trzeba biec do apteki po lek, bo idol o nim zarapował w hitowym kawałku? Niezależnie od tego, czy chodzi o nazwę leku, markę alkoholu czy jeszcze bardziej niebezpieczne substancje, konsekwencje ostatecznie spadają na odbiorcę. Być może często zbyt młodego, żeby ogarnąć długofalowe konsekwencje niektórych trendów. A jeśli decyzja urzędników ma mieć jakąkolwiek wartość, to możliwe, że właśnie taką: przypomina, że nawet w świecie popkultury istnieją granice – tyle że nie zawsze tam, gdzie się ich spodziewamy.

Czytaj więcej

Katarzyna Holik: „Zakochałem się pod apteką” i… mam kłopoty