Nie da się ukryć: Eric Clapton osiągnął wiek swoich nieżyjących bluesowych mistrzów i to było widać, gdy zaczął koncert grając „Badge”, skomponowany – z myślą o pożegnalnym koncercie Cream – w 1968 r. z George’em Harrisonem. Widać było napięcie na twarzy i oczy szeroko otwarte, lecz przyćmione upływem czasu. Na szczęście głos i dłonie zachowały magię młodości i nawet dwukrotne sprzęgnięcie gitary, które mogłoby stremować debiutanta, nie wyprowadziły z równowagi mistrza. Wspierał go wtedy na gitarze Doyle Bramhall II, wieloletni współpracownik. Tym łatwiej Clapton przeszedł do klasyka „Key to the Highway” z repertuaru Charlesa Segara. Choć nie bywa rozmowny, przywitał się z publicznością i zagrał „I'm Your Hoochie Coochie Man”, pierwszy tego wieczoru cover Williego Dixona. 

Czytaj więcej

Eric Clapton z krótką wizytą w Polsce. Czy pamięta demolkę w Katowicach?

Król bluesa przypomniał, że w oklepane szlagiery potrafi tchnąć nowe życie

Po brzmiącym niezwykle młodzieńczo „If I Don't Be There by Morning” z wydanej w 1978 r. płyty „Backless”, Eric z niezwykłą energią rozpoczął „I Shot the Sheriff” z repertuaru The Wailers. Ale kiedy przystąpił do kilkuminutowej solówki, wszyscy przypomnieli sobie, że nie dlatego sięgał po hity rówieśników, bo nie posiadał talentu kompozytorskiego, a dlatego, że potrafił w oklepane szlagiery tchnąć nowe życie. 

W takim stylu zaczął akustyczny set. Na tle animacji The Royal Albert Hall w Londynie, gdzie wielokrotnie występował, przywołał „Kind Hearted Woman Blues” swojego mistrza Roberta Johnsona. Z kolei zanim zagrał „Layla” – zakamuflowany hymn na cześć Patti Boyd, żony Harrisona, w której nieszczęśliwie się kochał – ze zdecydowanie większą emocją zaśpiewał „Golden Ring”. Utwór o tym, że gdy Patti już się rozwiodła, to Ericowi nie pozostało nic więcej niż tylko się oświadczyć. Czas pokazał, że było to trudniejsze niż życie na kolanach przed wyobrażoną Laylą.

Dla Claptona „Golden Ring” to zapis wątpliwości, czy ukochaną uczyni szczęśliwą osobą. Wspomnienie dramatycznych lat zakończyło „Tears in Heaven”, dedykowany pamięci tragicznie zmarłego synka Conora. 

Czytaj więcej

Eric Clapton, król gitary, skończył 80 lat

Clapton znowu nie zawiódł fanów i siebie

Chwytając ponownie Fendera i grając elektrycznie, przypomniał filmowy szlagier „Tearing Us Apart” z „Rush” śpiewany przez Tinę Turner, chwilę potem grając bluesa „Old Love” ze wznowionego niedawno albumu „Journeyman”. Tylko sam Clapton wie o jaką miłość chodzi, a musi wciąż dla niego wiele znaczyć, bo to, co zagrał w ciągu dramatycznego kilkuminutowego sola nie da się opisać. To był Slowhand w nieprawdopodobnym wydaniu. A kiedy wydawało się, że to już koniec wielkich emocji, Eric z towarzyszeniem organów Hammonda zagrał solo jeszcze raz, szepcząc tajemniczo „Old Love”.

Finał był równie wielki: to zagrany w wolniejszym tempie „Cross Road Blues” Roberta Johnsona o pakcie zawartym z diabłem oraz „Little Queen of Spades”, również Johnsona. To już była bluesowa orgia w wykonaniu całego zespołu, po której Clapton – wydawało się –  miał arcytrudne zadanie: udowodnić, że jako lider jest najlepszy. I ponownie stanął na palcach – na wysokości zadania – grając finałowe solo. „Cocaine” to już był deser dla gitarowego wyjadacza, zaś wyrażona na bis obawa „Before You Accuse Me” zabrzmiała jak  kokieteria mistrza. Żadnych uwag! To był najlepszy koncert Claptona w Polsce. Godny jego wyjątkowego uśmiechu, jaki pojawił się na jego twarzy, bo znowu nie zawiódł fanów i siebie.