Chodziło o ujawnienie warunków panujących w pomieszczeniu dla osób zatrzymanych oraz czasu służby policjantów. Informowała o tym cała grupa sygnalistów – finalnie problemy te udało się częściowo naprawić.

Interes publiczny

Funkcjonariusz został zwolniony z policji z powołaniem się na „ważny interes służby”. Ponieważ w sprawach o rozwiązanie stosunku służbowego właściwe są sądy administracyjne, sprawa ostatecznie trafiła przed NSA. W środę RPO poinformował o przystąpieniu do sprawy, wskazując, że zwolnienie było w istocie odwetem za skargi i wnioski zgłaszane w interesie publicznym. Uwagę rzecznika zwróciło to, że przy zwolnieniu policjantowi zarzucono uchybienia przez cały okres służby, choć przełożeni nie reagowali na nie wtedy, gdy miały się wydarzyć, a funkcjonariusz był pozytywnie oceniany. Problemy z dyscypliną służby pojawiły się w aktach po ujawnieniu nieprawidłowości.

Czytaj więcej

Ochrona prawna sygnalistów w służbach mundurowych: Macierewicz zgadza się z Bodnarem

– Rzecznik chce zwrócić uwagę sądu, by rozstrzygając sprawę z punktu widzenia zasady prawdy obiektywnej, uwzględnił „interes publiczny” związany ze zgłoszeniem sygnalisty – mówi Tomasz Oklejak z biura RPO. – Niestety, czasami „interes służby” jest błędnie utożsamiany z interesem przełożonego. Jeśli sygnalista wskazuje nieprawidłowości, które zostaną następnie naprawione, to jest to korzystne dla służby, choć nie przełożonego, który może za te nieprawidłowości odpowiadać – dodaje ekspert.

Czekamy na regulacje

RPO zwraca też uwagę, że w opisanej sprawie sygnalista postąpił zgodnie z międzynarodowymi i europejskimi (opracowanymi m.in. przez Radę Europy) standardami w tej sprawie, które przewidują trójstopniowe informowania o nieprawidłowościach. Jeśli przełożeni nie zareagują prawidłowo, sygnalista może pójść do zewnętrznych instytucji lub inspekcji. Niektóre etapy można jednak pominąć zależnie od okoliczności.

– Trudno oczekiwać wewnętrznego zgłoszenia, jeżeli sprawa dotyczy np. kierownictwa jednostki, albo nie ma kanału gwarantującego ochronę – mówi Tomasz Oklejak. – Jednak jeśli sprawa znajdzie finał w sądzie, sygnalista może być rozliczany za to, że od razu zwrócił się do organu zewnętrznego, choć istniał kanał wewnętrzny. W Polsce jednak wciąż nie mamy regulacji w tej kwestii – dodaje.

Opinia dla "Rzeczpospolitej"

Grzegorz Makowski - Ekspert Fundacji Batorego

Ochrony sygnalistów w Polsce po prostu nie ma, bo nie istnieją odpowiednie przepisy. Obecnie ludzie ratują się przepisami dotyczącymi przeciwdziałania mobbingowi, można też powoływać się na podstawowe prawa konstytucyjne. Ale aby ochronić swoje miejsce pracy czy doprowadzić do ukarania osób, które dręczą sygnalistę, muszą powstać odpowiednie przepisy ustawowe. Fundacja Batorego od lat stara się uczulać sędziów na tę kwestię i faktycznie stają się oni coraz bardziej świadomi problemu. Ale sądy działają w oparciu o ustawy, już tylko bez definicji legalnej sygnalisty niewiele mogą zrobić. Jeśli w tym roku nie uda się implementować dyrektywy ochronie sygnalistów, to Polska będzie w tym względzie spóźniona i tak już dwa lata. Zobowiązuje ona pracodawców do stworzenia mechanizmów pozwalających zgłaszać nieprawidłowości, ochronić sygnalistów przez oskarżeniami o zniesławienie.