W premierę nowej książki Olgi Tokarczuk uderzyły odłamki medialnej bomby, związanej z wywiadem, jakiego odmówiła „Plusowi Minusowi”. W powieści jednak wszystko zaczyna się od bomby, która w Breslau spadła na kamienicę podczas oblężenia. Tuż po wojnie, we Wrocławiu, w domu z dziurą od strychu po piwnicę zamieszkali m.in. Polacy, Niemcy, Ukraińcy, czyli wygnańcy z przedwojennej Europy.
Dziś na miejscu kamienicy przebiega ruchliwa wrocławska estakada, zaś cegły z rozbiórki posłużyły do budowy warszawskiego MDM na Marszałkowskiej. Mamy więc znaczący obraz rozpadu przedwojennego świata i budowania po katastrofie wojny tego nowego, w którym rozpoczęła życie również rodzina noblistki, gdy wiele milionów swoje domy potraciło. A taki proces znów trwa. Nie tylko w Ukrainie.
Czytaj więcej
Wokół polityków, artystów i sportowców ze szczytu jak grzyby po deszczu wyrastają sztaby doradców od okrągłych zdań. Smutna prawda jest taka, że to...
Tokarczuk, rzeź wołyńska i „Mesjasz” Schulza
Choć Płaucza Mała na dawnych Kresach, skąd pochodzi ojciec pisarki, nie jest wprost na kartach powieści opisana, potoczystym nurtem narracji płynie tamtejsza rzeka Strypa, wokół której Polacy, Ukraińcy i Żydzi, lepiej lub gorzej, żyli do czasu rzezi wołyńskiej. Olga Tokarczuk ją opisała, tak jak exodus na Dolny Śląsk polsko-ukraińskiej rodziny. Jej część zamordowali banderowcy, ale część nawet związani z banderowcami Ukraińcy uratowali. A jeśli stał się taki cud, bo przecież śmierć czaiła się wszędzie – ktoś wyszedł z domu i się uratował, a ktoś w nim został i zginął (mężczyźni, kobiety ciężarne i dzieci), Tokarczuk na kartach swojej powieści postanowiła także uratować z wojennej pożogi „Mesjasza”, legendarną, zaginioną książkę Brunona Schulza, zastrzelonego w Drohobyczu. Opowieść o niej, ale też imitowane przez noblistkę fragmenty stanowią fundamentalną część „Świata jest za dużo”.
Z Drohobycza „Mesjasz” trafia w ręce wygnańców na Dolnym Śląsku. To Wanda, która pod pseudonimem Pari-Banu przez kupioną na szaberplacu kulę wróży życiowym rozbitkom i odkryła swoje żydowskie korzenie po pobycie w Gross Rosen, gdzie jej dziecko padło ofiarą eksperymentów. A także kochanek Wandy, dziennikarz Nikodem Jakimski, na którego rękach zmarła zabita na Kresach narzeczona. „Mesjasza” Jakimski trzyma w teczce z napisem NSDAP (chichot historii odzywa się często) i przepisuje.
Czytaj więcej
Historia wywiadu, który się nie odbył z powodu pytań „przesadnie konfrontujących”. I apel o niezamienianie intelektualnego sporu na rzecz pseudodys...
Próba odtworzenia genialnego i niepodrabialnego stylu Brunona Schulza to zamiar bliski pychy i katastrofy, ale kto ma się tym zająć, jeśli nie noblistka i autorka „Ksiąg Jakubowych”, z którymi paraschulzowska imitacja i omówienie się zazębiają. To z Schulza wziął się realizm magiczny, nazwany „fundamentalną realnością realności” („świata nigdy nie da się opisać w realistyczny sposób”), którą Tokarczuk od lat krzewi w swoich książkach. A co zabawne, możemy też w „Mesjaszu” (imitacji) znaleźć wykładnię autorki na temat tego, co jeszcze niedawno było utopią sztucznej inteligencji, zaś na naszych oczach staje się dystopijnym koszmarem.
„Świata jest za dużo” i AI
Narratorka wspomina o praskim Golemie, który miał bronić żydowskiej ludności, a jak wiemy oszalał i obrócił się przeciw swojemu stwórcy. Zaś w „Mesjaszu” (Tokarczuk), w części zatytułowanej „Żebra Pańskie”, stanowiącej alternatywną wersję „Księgi Rodzaju” o stworzeniu Adama i Ewy, czytamy o Claotach. To „coś niematerialnego, to zbita w sobie informacja, sprasowana na jakichś nośnikach, która (...) zawładnie naszymi umysłami”. Claoty, po wadliwym dziele stworzenia, mają służyć stworzeniu człowieka i świata idealnego.
Rzecz w tym, że uwiedzeni taką utopią myśliciele, m.in. Baruch Wolf Cohen, zwany Barocco, są dla Tokarczuk jeszcze bardziej niedoskonali niż bohater jej „Ksiąg Jakubowych” Iwan Frank. A przybywając po wielu nieszczęściach (pogromy Chmielnickiego), ale też szalbierstwach, do Breslau w połowie XVIII wieku, Barocco nie zadowala się byciem mincerzem, bijącym dobrą monetę. Roi o stworzeniu idealnych amuletów, chroniących ludzi w konkretnych sytuacjach.
Niestety, jego pycha była tak wielka, że w dawnym Wrocławiu kosztowała życie wielu mieszkańców w czasie wielkiej ulewy, a jednocześnie pożaru. Na tym tle zacytowana przez Tokarczuk z napisanego przez siebie „Mesjasza” sugestia, że pisarzy trzeba traktować jak świętych, ma jednak posmak niekonsekwencji i pychy. Nawet jeśli do pychy daje powód kunsztowność wielu stron (np. schulzowski rozdział „Rzeczy piękne i ozdobne”). Choć zdarzają się też pretensjonalności.
Czytaj więcej
„Waldkauz” to jedna z najlepszych książek Szczepana Twardocha. A jeśli ostatnio dostał Nike za „Nulla” – czy dostanie za rok za „Waldkauz”?
Powieść podzielona jest na trzy części, biorące tytuł od miejsc, w których się rozgrywają: „Wrocław”, „Wałbrzych” i „Wygnanów” (symboliczna, choć fikcyjna nazwa). Jednym z kluczowych fragmentów jest rozpoczynająca „Wałbrzych” narada komisji urzędników, profesorów i literatów, którzy ustalają, jak mają się nazywać po polsku jeszcze niedawno niemieckie miejscowości. To przypomnienie historii oraz różnych politycznych uwarunkowań, bo wszystko ma być piastowskie, i choć nie wszyscy Piastowie mówili po polsku – trudne do wymówienia dla Niemców.
Ten rozdział to także równoległy wobec pisania powieści manifest stwarzania własnej historii powojennego Dolnego Śląska przez Tokarczuk. Autorka po wielokroć, wprost czy pośrednio, daje do zrozumienia, że jednej obiektywnej historii nie da się opowiedzieć, zwłaszcza o czasach, gdy było się „jeszcze nienarodzoną”. Dlatego trzeba mówić o kreacji bądź próbie rekonstrukcji. Na jej przepis składa się morze faktów, poczynając od menu hotelu Polonia we Wrocławiu po listę przebojów, przy jakich tańczono na dancingach żydowskich i polskich w Wałbrzychu (zwłaszcza to miasto otrzymało piękny literacki pomnik).
Tokarczuk napisała wiele książek w jednej powieści
Można powiedzieć, że „Świata jest za dużo” to de facto wiele książek oraz blisko 700 stron, które Tokarczuk sobie tylko znanym sposobem połączyła w jedną powieść. Bohaterami czyni Greków, polskich górników z Francji, Niemców, Polaków, Ukraińców, Żydów, Sowietów. Ich losy rozrzucone są po całym świecie – od Syberii i Kazachstanu, gdzie obserwujemy tragedię polskich zesłańców, po Izrael, gdzie ląduje część ocalonych z Holocaustu, po Argentynę, gdzie najpierw Polacy i Ukraińcy udają się za chlebem przed II wojną światową, a później inni emigrują.
Losy rodzin często zaczynają się w dalekiej przeszłości, a kończą współcześnie. W imponującym powieściowym fresku pisarka przedstawiła nie tylko krainę dzieciństwa swojego ojca, ale też Lwów, Drohobycz, Truskawiec. Bohaterki i bohaterowie, których stworzyła, pomagają opowiedzieć o wydarzeniach, o jakich starsze pokolenie czasem już zapomina, a młode nie ma zielonego pojęcia. O wspomnianej rzezi wołyńskiej, ale i negatywnej polityce II RP wobec Ukraińców. To exodus z dawnych Kresów, ale też pogrom kielecki i szaber. Pochód 1 maja, analfabetyzm i walka z nim. Harówka w kopalniach oraz wyścig pracy i powojenne referendum. Poprzez francuskich bohaterów Tokarczuk tłumaczy, na czym polegały szalbierstwo i tyrania sowieckiego komunizmu – na tle walki o prawa pracownicze zachodnich socjaldemokracji. Jest proces norymberski, ale i wrocławskie więzienie, gdzie siedzą Polki, Niemki, Ukrainki. Czytamy o ukrytych fabrykach zbrojeniowych, MO i ruskich majorach.
Czytaj więcej
Klasycyzująca poetka i eseistka Anne Carson z Kanady otrzymała literackiego Nobla za „odważne i nowatorskie dzieła, które w figlarnym dialogu z tra...
Zdziwionym, skąd się wzięli Grecy na Dolnym Śląsku, pisarka przypomina, że powojenna Europa ogarnięta była konfliktami i wiele greckich rodzin znalazło azyl na Ziemiach Odzyskanych. Piękne są rozdziały rozgrywające się w wałbrzyskiej kopalni, gdzie górnicy drążą nie tylko nowe korytarze, lecz także sens słów oraz historii, opowiadanych przez siebie: polskiego reemigranta z Francji, miejscowego Niemca, Żyda i Greka. Uświadamiają sobie wtedy różnorodność perspektyw, a także wynikające z ich indywidualności odrębność, wyjątkowość, bogactwo.
Jest wiele takich paradoksów historii jak ten, gdy młody Grek poznaje grecką mitologię z książki Jana Parandowskiego. Zaś Tokarczuk dokłada do mitów greckich apokryf o Apofenii, córce Zeusa i Tyche, dzięki pojawieniu której „ludzka percepcja wyławia z chaosu sensowne formy i znaki”. Jeśli przeczytamy, że Apofenia „ma siwe włosy powiązane w dredy, a każdy włos to czyjaś historia”, łatwo pomyśleć, że Apofenia to patronka pisarki, a może nawet ona sama. Fajne i zabawne mrugnięcie okiem noblistki w sprawie jej własnego credo. Gdzie indziej trudno powstrzymać śmiech, gdy czytamy, że nazwisko „Lewandowski” to nic specjalnego.
Tokarczuk i ofiary Werwolfu
Nie znajdując wytłumaczenia dla „sowieckich barbarzyńców” oraz potworności niemców, celowo pisanych po wojnie przez małe „n”, czuła narratorka chce zrozumieć powojenną rzeczywistość i ludzi w ich złożoności, sprzecznościach i sekretach. Opisując czas zbrodni i gwałtów, nie chce nimi epatować ponad miarę. Skoro ofiary to, co im się przydarzyło strasznego, wypierają z pamięci, ona woli spuścić kurtynę milczenia.
Czytaj więcej
Po niedawnej wypowiedzi Olgi Tokarczuk na temat wykorzystania sztucznej inteligencji w pracy twórczej, na noblistkę spadła fala krytyki. Pisarka wy...
Wiemy więc, że Nina przyszła do Lwowa z Kazachstanu na piechotę, na Kresach ją zgwałcono, uratował ją pies Irena, ale próbowali ją też zgwałcić Polacy na Śląsku i w zakonnym nowicjacie nie utrzymała się ze względu na niechcianą pamiątkę po gwałcie. Z kolei Franek, który padł ofiarą pedofilii, odbudowuje swoją siłę, czytając „Serce” Amicisa. Bo pamięć, jak mówił Barocco, to „Parszywy Skarb”, „ponieważ musisz pamiętać wszystko złe, co cię spotkało. Świata jest za dużo, żeby pomieścić go w małej ludzkiej głowie. A gdziekolwiek się rozejrzeć, on boli”. Jak choćby śmierć z rąk Werwolfu Polaka, który ożenił się z Niemką i miał z nią syna.
Trudno jest opisać wielość wątków i ich wieloznaczność, bo bohaterami są też przedmioty, zwierzęta, rośliny. Tak jak ludzie umierają w drodze lub na wygnaniu. Ale też żyją i współtworzą nową rzeczywistość, o której jest ta książka. A jeśli Tokarczuk zmęczona wieloletnim pisaniem, udzielaniem wywiadów i konsekwencjami ich unikania, nie napisze już nigdy więcej tak rozległej powieści, na długo dostarczyła nam lektury i przemyśleń. Również o bombie, która spadła na dom w Breslau, a we Wrocławiu wciąż leży. Na co czeka? Co czeka nas?
Olga Tokarczuk, „Świata jest za dużo", Wydawnictwo Literackie, 2026