Znając już nieco twórczość Roberta A. Heinleina, muszę przyznać, że podążając za fabułą „Szlaku chwały”, początkowo czułem się nieco zdezorientowany. Rycerski romans w stylu „Narzeczonej dla księcia” nie do końca pasował mi do tego autora. Zdemobilizowany weteran i lekkoduch odpowiada na tajemnicze ogłoszenie drobne, stając się tym samym Bohaterem. Jest przy tym osobliwym połączeniem Johna Cartera z „Księżniczki Marsa” i Flasha Gordona, który masowo, szybko i bezproblemowo klepie wrogów po grzbietach, a napotkane niewiasty gdzie indziej. U boku roznegliżowanej piękności władającej sztukami tajemnymi i zrzędliwego giermka przemierza niezwykłe światy, przeskakując przez kolejne teleportacyjne portale.
Im bardziej jednak zagłębiałem się w tę pełną rubasznego humoru opowieść i poznawałem świat rządzący się nie do końca zrozumiałą dla ziemskiego prowincjusza logiką, tym wyraźniej dostrzegałem, że jest to książka bardziej heinleinowska, niż można by się początkowo spodziewać. Tytułowy szlak nie jest bowiem konkretną drogą w magicznej krainie, lecz stanem umysłu człowieka, który odrzuca konformizm, bierze odpowiedzialność za własne życie i woli zginąć na własnych zasadach, niż czekać, aż opiekuńcze ramiona systemu wycisną z niego ostatnie pokłady wigoru.
Autor zestawia wolność jednostki, świadomej swoich obowiązków i gotowej do poświęceń, z egzystencją pozbawioną ryzyka, oporu i wyzwań. Czy Złoty Wiek i utopia muszą nieuchronnie prowadzić do apatii oraz gnuśności? Heinlein dekonstruuje klasyczny mit podróży bohatera, pokazując, że słynne „i żyli długo i szczęśliwie” nie musi być logicznym ani satysfakcjonującym zwieńczeniem opowieści.
Do największych zalet książki należą szybkie tempo narracji, humor oraz sposób przedstawienia losów herosa po zakończeniu jego wyprawy. Jednocześnie pewne elementy, które dla jednych stanowią atut, dla innych mogą okazać się wadą. Liczne aluzje i nawiązania do kultury popularnej mogą chwilami spowalniać odbiór fabuły, co zdecydowanie najbardziej mi przeszkadzało, gdyż były one niezwykle hermetyczne. To nie „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” Alana Moore’a, gdzie też na każdej stronie znajdziemy jakieś nawiązanie do popkultury, tyle że zrozumiałe dla większości odbiorców. Tutaj, choć jestem dość dobry w tego rodzaju quizach i odgadywaniu odniesień do innych dzieł, uczciwie przyznaję, że kilka razy marzyłem o zwykłym przypisie. Natomiast humor w „Szlaku chwały” bywa zaskakująco wyrafinowany, ale nierzadko schodzi również na niższe rejestry. Trudno jednak odmówić mu autentyczności – czuć, że w przeciwieństwie np. do wielu współczesnych powieści z nurtu young adult został stworzony przez dojrzałego autora piszącego dla dojrzałego odbiorcy.
Wątki filozoficzne i polityczne dotyczące wolności nie powinny przeszkadzać nawet zagorzałym zwolennikom etatyzmu, choć rozważania na temat relacji między kobietami a mężczyznami mogą zostać przez część czytelników uznane za kontrowersyjne. Mimo upływu lat oraz wyraźnych inspiracji pulpową fantastyką z pierwszej połowy XX wieku (co absolutnie nie jest wadą), powieść tę wciąż czyta się bardzo dobrze i bez większego trudu może konkurować z wieloma współczesnymi tytułami.
„Szlak chwały” poleciłbym przede wszystkim miłośnikom fantastyki zmęczonym wielotomowymi cyklami, których rozbudowane światotwórstwo często staje się celem samym w sobie, gdzie fabuła schodzi na dalszy plan. Heinlein oferuje historię zwartą, dynamiczną i skoncentrowaną na ideach, o których czyta się z zaciekawieniem również dzisiaj.