W świecie „Róży” spodnie otwierają więcej drzwi niż uczciwość i pracowitość. Bohaterka filmu Markusa Schleinzera, weteranka wojny trzydziestoletniej, przybywa do niemieckiej wsi jako mężczyzna i obejmuje opuszczone gospodarstwo. Chce ziemi, bezpieczeństwa i prawa do decydowania o sobie. Żeby je zdobyć, musi jednak przyjąć reguły porządku, przed którym ucieka: zostać gospodarzem, pracodawcą, wreszcie mężem.
W tym paradoksie tkwi największa siła filmu. Wolność okazuje się przywilejem, którego ceną bywa udział w cudzym zniewoleniu. Sandra Hüller buduje rolę z oszczędnych gestów, czujnego spojrzenia i ciała przywykłego do zagrożenia. Blizna na twarzy jest śladem wojny, ale także częścią przebrania: pozwala otoczeniu zobaczyć zahartowanego żołnierza. Pod tą zbroją aktorka zachowuje napięcie człowieka, który nawet w chwili powodzenia nie może odetchnąć. Partnerująca jej Caro Braun nadaje Suzannie, żonie Róży, własną tajemnicę i stopniowo podważa wyobrażenie o posłusznej małżonce. Ich dom staje się kruchym schronieniem przed wspólnotą, która chętnie korzysta z zaradności przybysza, lecz rości sobie prawo do osądzania jego życia.
Surowe, czarno-białe zdjęcia Geralda Kerkletza przywołują „Białą wstążkę” Hanekego, a skupienie na twarzy osaczanej bohaterki przypomina kino Dreyera. Schleinzer umie jednak połączyć chłód obrazów z napięciem opowieści o nieustannym ryzyku. To kino o wolności okupionej lękiem. Najciekawsza jest tu zależność między płcią, własnością i uznaniem: ten sam człowiek może zasługiwać na szacunek albo karę, zależnie od tego, jak zostanie nazwany. „Róża” zostawia widza z niewygodnym pytaniem, ile przemocy potrzeba, by podtrzymać pozornie naturalny porządek świata.