Piotr Rozwadowski w „Anegdotach z Domu Partii” zagląda tam, gdzie przez lata zwykły człowiek nie miał wstępu: do gabinetów, stołówki, kina, windy i korytarzy dawnego Komitetu Centralnego PZPR. W efekcie głównym bohaterem książki nie jest Bierut, Gomułka czy Gierek, lecz sam Dom Partii.

Gmach przy Nowym Świecie obrósł legendami niemal od chwili powstania. Miał być monumentalną wizytówką nowej władzy, a jednocześnie miejscem, w którym partyjna elita funkcjonowała według zasad zdecydowanie innych niż reszta społeczeństwa.

Rozwadowski zaczyna od samej budowy. „Wspólny Dom”, jak oficjalnie nazywano inwestycję, finansowano ze społecznej zbiórki. Według przytaczanych w książce danych wpłaty miały wynieść 57,6 mln zł, podczas gdy budowa wraz z wyposażeniem kosztowała 52,4 mln zł. Już ten fragment pokazuje metodę autora: zamiast wielkiej polityki dostajemy liczby, drobiazgi i historie z zaplecza systemu.

Bierut miał własną windę

Jednym z takich szczegółów jest historia windy. Bolesław Bierut miał korzystać z osobnej obsługi, a nawet mieć swoją windziarkę. Dziś brzmi to niemal groteskowo, ale właśnie takie historie są największą siłą książki.

Podobnie jest ze stołówką Komitetu Centralnego. Gdy przeciętny Polak mierzył się z niedoborami i kolejkami, w partyjnym gmachu można było dostać polędwicę, befsztyki, cielęcinę, ryby, prawdziwą kawę czy egzotyczne owoce. Funkcjonowała też specjalna kuchnia dostarczająca posiłki bezpośrednio do gabinetów.

Czytaj więcej

Giełda i jej siedziby

Rozwadowski nie musi tego komentować. Sam jadłospis wystarcza, by pokazać różnicę między oficjalną opowieścią o równości a codziennością aparatu władzy.

Dom Partii miał także własne kino na około 120 miejsc. Pokazywano tam filmy niedostępne dla zwykłej publiczności albo takie, które partyjni urzędnicy oglądali przed dopuszczeniem ich do szerszej dystrybucji. Gmach tworzył w istocie osobny mikroświat, działający według własnych reguł.

Listy do władzy w czasach PRL

Ciekawy jest również fragment poświęcony Biuru Listów. Do Komitetu Centralnego przychodziły tysiące skarg, próśb, donosów i interwencji. Ludzie pisali o mieszkaniach, pracy, urzędnikach, sąsiadach i osobistych krzywdach. Dla wielu partyjna centrala była ostatnią instancją, która mogła „zrobić porządek”.

Dzięki temu książka wykracza poza zbiór zabawnych historii o dygnitarzach. Pokazuje także, jak wyglądała relacja między władzą a społeczeństwem i jak wiele osób wiązało z partyjnym centrum realne nadzieje.

Czytaj więcej

PZPR do końca nie wierzyła, że straci władzę

Rozwadowski pisze lekko i nie udaje, że każda opowieść ma taki sam ciężar źródłowy. Obok dokumentów i wspomnień pojawiają się stare dowcipy, miejskie legendy i historie przekazywane z ust do ust. To największe ograniczenie książki. „Anegdoty z Domu Partii” nie są krytyczną monografią historyczną i nie warto ich tak traktować.

Ich największa wartość leży gdzie indziej: w możliwości zajrzenia za zamknięte drzwi i zobaczenia systemu od strony codzienności. Rozwadowski pokazuje ludzi, którzy w tym gmachu pracowali, jedli, oglądali filmy, jeździli windami i podejmowali decyzje dotyczące milionów innych.

Historia dopisała do tej opowieści wyjątkowo przewrotny epilog. Budynek, który miał być symbolem komunistycznej władzy, po upadku PRL stał się siedzibą Giełdy Papierów Wartościowych. Trudno o bardziej symboliczną zmianę lokatora.