Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego dług zbliża się do ustawowego progu ostrożnościowego.
  • Jak skumulowany deficyt zmieniał się za kolejnych rządów i kiedy finanse publiczne zaczęły się gwałtownie pogarszać.
  • Jak pandemia i decyzje polityczne rządu PiS doprowadziły do wzrostu wydatków publicznych.
  • Czy obecny rząd koalicyjny naprawi czy psuje budżet państwa.
  • Dlaczego konsolidacja fiskalna jest konieczne, ale będzie trudna.

Już wkrótce, bo w 2028 r., państwowy dług publiczny przekroczy ustawowy próg ostrożnościowy 55 proc. PKB – prognozuje rząd w projekcie budżetu państwa na przyszły rok. Jeśli do tego dojdzie, konieczne będzie uruchomienie procedur sanacyjnych, w tym ostrych cięć wydatków, począwszy od 2030 r.

Cały dług sektora finansów publicznych ma w 2028 r. przekroczyć 73 proc. PKB, a więc znacznie powyżej konstytucyjnego limitu 60 proc. PKB. Ze względu na kreatywną księgowość nie jest to jednak formalnie definiowane jako złamanie reguł fiskalnych.

W tak złej kondycji finanse państwa nie były od globalnego kryzysu finansowego. Jak do tego doszło? Jakie były największe grzechy polityki fiskalnej i kto za nie odpowiada?

Dlaczego deficyt finansów państwa nie znika

– Patrząc na twarde dane, przyczyna jest prosta. Od wielu lat mamy w Polsce tzw. deficyt sekularny, to znaczy występujący zawsze, bez względu na koniunkturę – mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. – W czasie wielkich kryzysów, sytuacji nadzwyczajnych i zewnętrznych szoków, gdy gospodarka mierzy się z recesją, dziura budżetowa ma oczywiście swoje uzasadnienie. Ale w Polsce wysokie deficyty są już na stałe. W zasadzie żadna ekipa rządząca od czasów globalnego kryzysu finansowego nie zrobiła porządku z deficytem, mimo okresów dobrego, dosyć wysokiego tempa wzrostu gospodarczego – wytyka Jankowiak.

Rzeczywiście, według zapowiedzi ministra finansów Andrzeja Domańskiego deficyt sektora finansów publicznych w tym i przyszłym roku ma wynieść 7,1 proc. PKB, przy realnym wzroście PKB odpowiednio o 3,6 i 3 proc. Z naszej analizy wynika, że skumulowany deficyt w ciągu czteroletniej kadencji obecnego rządu, czyli w latach 2024–2027, wyniesie prawie 28 proc. PKB, czyli 1,1 bln zł.

W poprzednich latach też nie było lepiej. Cztery lata kadencji poprzedniego rządu, tworzonego przez PiS, to łącznie 17,8 proc. PKB, czyli niemal 490 mld zł. W przypadku jeszcze poprzedniego rządu, również PiS, było to odpowiednio 4,8 proc. PKB i 96 mld zł. W latach 2012–2015, czyli podczas drugiej kadencji rządu koalicji PO–PSL, skumulowany deficyt wyniósł 14,3 proc. PKB, czyli 241 mld zł.

Czytaj więcej

Rosnący dług rozsadza budżet. Rząd zderza się z granicą 55 proc. PKB

Pandemia rozpruła worek z publicznymi pieniędzmi

Zestawienie to pokazuje, że najmniejszy deficyt wygenerował pierwszy rząd PiS (na którego czele najpierw stała Beata Szydło, a potem Mateusz Morawiecki), a ekonomiści przyznają, że rzeczywiście akurat w tym okresie politykom PiS zależało na stabilności finansów publicznych. Ówczesny premier Morawiecki po raz pierwszy od transformacji przedstawił nawet projekt budżetu na 2020 r., który zamiast deficytu zakładał niewielką nadwyżkę.

– Nic z tego nie wyszło, bo zaczęła się pandemia. Trzeba było ratować gospodarkę, firmy i zatrudnienie, a rząd wdrożył tarcze antykryzysowe – przypomina Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton. – To było pewnie potrzebne, ale faktem jest, że tarcze stały się początkiem wszystkich złych rzeczy w polityce fiskalnej. Od COVID-19 tama puściła, worek z publicznymi pieniędzmi otworzył się i w zasadzie nie zamknął do dziś – wytyka Mrowiec.

Efektem tej polityki są szybko rosnące wydatki publiczne. Według prognozy Komisji Europejskiej wydatki całego sektora finansów publicznych wyniosą w tym roku nawet 51,7 proc. PKB. Polska może pod tym względem uplasować się na szóstym miejscu wśród wszystkich krajów UE, za Finlandią, Francją, Austrią, Belgią i Niemcami. To najwyższy poziom od co najmniej dwóch dekad. Dla porównania, w latach 2015–2019 wydatki te wynosiły średnio około 41,4 proc. PKB.

– Największy problem polega na tym, że w tym samym czasie dochody państwa, w tym wpływy podatkowe, rosły o wiele wolniej, a rozdźwięk między wydatkami a dochodami stał się "straszliwy" – zaznacza Mrowiec.

Czytaj więcej

FOR: coraz wyższy rachunek od państwa dla Polaków. To już ponad 53 tys. zł na osobę

Wydatki socjalne i obronność. Co rozsadza budżet 

Duży wzrost wydatków, wbrew narracji obecnej władzy, nie wynika wyłącznie z konieczności zwiększania nakładów na obronność. Nie jest też, wbrew narracji opozycji, jedynie winą rządu Koalicji 15 października. W ostatnich latach cała klasa polityczna dołożyła swoją cegiełkę do wydatków, czego konsekwencje ponosimy do dziś.

To rząd PiS zaczął wdrażać niezwykle kosztowne projekty socjalne. Wprowadził świadczenie na dzieci 500+, a następnie wyprawkę szkolną 300 zł. Później doszły do tego 13. i 14. emerytura – początkowo jako jednorazowe bonusy, a następnie już na stałe.

W reakcji na wojnę i kryzys energetyczny gabinet Mateusza Morawieckiego zaczął też wprowadzać różnego rodzaju tarcze antyinflacyjne, w tym obniżki VAT na żywność i paliwa oraz rozwiązania ograniczające ceny energii dla gospodarstw domowych. Ustawowo zapisano również wzrost nakładów na obronność i ochronę zdrowia.

Oczywiście takie działania teoretycznie można uznać za słuszne. Problem w tym, że wraz ze wzrostem wydatków nie znaleziono źródeł ich finansowania. Wszystko było na kredyt.

Czytaj więcej

Ministerstwo Finansów kontra Rada Fiskalna. Resort podważa część krytycznej opinii o budżecie

Rząd Tuska też zwiększa wydatki. Konsolidacja fiskalna coraz trudniejsza

– Gabinet premiera Tuska też nie jest tu bez winy – zaznacza Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku. – Po pierwsze, podtrzymał wszystkie zobowiązania poczynione przez PiS, w tym podwyżkę świadczenia z 500+ do 800+, co będzie kosztować budżet w 2027 r. 60 mld zł, a także dodatkowe świadczenia dla emerytów, na które ma zostać przeznaczone 32 mld zł – wytyka Arak.

Rząd koalicyjny dorzucił własne obietnice, takie jak 20–30-proc. podwyżki dla pracowników sfery budżetowej i nauczycieli, program „Aktywny rodzic”, czyli tzw. babciowe, rentę wdowią, ostatnio także program Ceny Paliwa Niżej, itp., itd.

– Problem nie polega na tym, że rządzący wdrażają nowe rozwiązania zgodne ze swoją wizją i strategią. To ich prawo. Problem w tym, że jednocześnie nikt nie chce się podjąć trudnego wyzwania konsolidacji fiskalnej, w tym głównie racjonalizacji wydatków publicznych – podkreśla Piotr Arak.

Im dalej w las, tym konsolidacja będzie trudniejsza. Większość wydatków, które dodawały w kolejnych latach następne rządy, to tzw. wydatki sztywne. Nie można ich ograniczyć bez zmiany przepisów, naruszenia zobowiązań lub podjęcia innych kosztownych społecznie decyzji. – Obecnie stanowią one już ok. 90 proc. całości. Przestrzeń do bezproblemowych zmian jest bardzo mała – zaznacza Janusz Jankowiak.

Czytaj więcej

Eksperci: Wniosek o Trybunał Stanu dla prezesa NBP ryzykowny

Dług publiczny rośnie, a politycy unikają trudnych decyzji

Do listy grzechów głównych polityki fiskalnej ekonomiści zaliczają także narrację polityczną, zgodnie z którą stabilność i dyscyplina w finansach publicznych nie są wartościami samymi w sobie. W takim podejściu pieniądze budżetowe stają się narzędziem kupowania głosów wyborców, a za rozdawnictwo publicznych pieniędzy nie ponosi się politycznych konsekwencji. Bardziej namacalnymi przykładami są również wypychanie części wydatków i długu do funduszy pozabudżetowych, wyłączanie ich z krajowej definicji długu publicznego oraz osłabianie reguł fiskalnych.

– Odkąd wyszliśmy z pierwszej procedury nadmiernego deficytu i pojawiło się trochę przestrzeni fiskalnej, rozkręciła się polityczna licytacja, kto da więcej – komentuje Marcin Zieliński, główny ekonomista i wiceprezes FOR. – Dziś widzimy, jak daleko to zaszło. Wymagana konsolidacja wymaga dużej woli politycznej. Nie wiadomo, kto będzie w stanie wziąć to na siebie – podkreśla Zieliński.

Zieliński wskazuje przy tym, że ze strategii zarządzania długiem na lata 2027–2030 wynika, iż w 2029 r. rząd planuje obniżenie deficytu do 5,3 proc. PKB, a w 2030 r. – do 4,2 proc. PKB. – Oznacza to dość głębokie zacieśnienie fiskalne, o 3 pkt proc. w porównaniu z 2025 r., choć na dziś nikt nie proponuje żadnych działań – mówi ekonomista.