Na okładce wieszcz ma wytrzeszcz, jakby grozą napełniało go to, co ogląda z niebios na ulicy swego imienia. Przy Słowackiego w centrum Katowic mieszka młode małżeństwo, Judyta Sosna i Igor Jarek. Wspólnie tworzą blog Hopsiup; razem zadebiutowali tym komiksem: on teksty, ona rysunki.
Ona – freelanserka z wyższym wykształceniem plastycznym (po ASP Katowice). On (rocznik 1989) ćwiczy szkołę życia. Były górnik, były sprzedawca kwiatów na bazarze, aktualnie bezrobotny. I poeta amator, utalentowany, z doskonałym uchem na dialogi i myśli (własne oraz cudze), które przerobił na komiksowe teksty i dymki.
Sosna cała wsłuchana w jego klimaty, drapie harde rysunki, jakby je rzezała w węglu kamiennym. To nie tyle ilustracje, co wizualne zapisy treści, bo pisane kostropatymi literami słowa wysuwają się na plan pierwszy. Najpierw czytamy, potem patrzymy na „nienarracyjne" kadry. Całość czarno-biała, choć w wymowie bardziej czarna.
Tomik składa się z kilkunastu miniopowiastek z puentami lub bez. Takie wiersze prozą. Temat: autobiografia w strzępkach. Z wątkami wniesionymi przez kumpli, gęsto przewijającymi się przez podany powyżej adres. Wpadają, popijają, gadają. Jarek trochę słucha, trochę obserwuje.
Zastanawiająco dużo w tych historiach umierania, gdy pomyśleć, że autor liczy 27 lat. Tyle, co III RP, która jednym dała, a innym zabrała. W towarzystwie Jarka przeważają ludzie żyjący z dnia na dzień, zrozpaczeni, przez to agresywni. Los im dowalił bez ich winy, nie dał szans, z racji miejsca zamieszkania chociażby.