"Nasz ukochany Tim był wrażliwą duszą, wiecznie poszukującą odpowiedzi na dręczące go egzystencjalne pytania" - napisała rodzina artysty w oświadczeniu. - "Był perfekcjonistą, który pracował i podróżował w takim tempie, że powodowało to u niego permanentny stres".
"Kiedy przestał koncertować, chciał znaleźć równowagę w życiu, by być szczęśliwym i zajmować się tym, co kochał najbardziej - muzyką.
Zmagał się ze swoimi myślami o sensie życia, o szczęściu.
Nie mógł już tego dłużej znieść. Chciał odnaleźć spokój.
Nie był stworzony do roli trybika w machinie show businessu, w której się znalazł.
Kochał swoich fanów, ale unikał świateł reflektorów.
Tim, zawsze będziemy cię kochać i za tobą tęsknić.
Wspomnienie o tobie i o twojej muzyce zostanie z nami na zawsze" - brzmi treść komunikatu rodziny
Tim Bergling, czyli DJ Avicii, zmarł tydzień temu w Omanie. Miał 28 lat.
Od kilku lat zmagał się z poważnymi problemami zdrowotnymi, m.in. z zapaleniem trzustki, spowodowanymi nadużywaniem alkoholu. Przyjmował koktajl uzależniających leków.
W 2014 roku usunięto mu woreczek żółciowy i wyrostek. Po tych zabiegach nie mógł długo dość do formy i odwołał trasę koncertową. W 2016 zapowiedział, że zaplanowana trasa jest jego ostatnią, a potem zajmie się wyłącznie studyjnym tworzeniem muzyki.
Jego śmierć była dla jego wielbicieli dużym zaskoczeniem. Tysiące fanów żegnały swojego idola na placu Sergela.
W niebanalny sposób pożegnała Avicii Polka Małgorzata Fiebig, miejska carillonistka Utrechtu. Na kościelnych dzwonach zagrała trzy utwory artysty.