Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego Manifesta, jedno z najważniejszych europejskich biennale sztuki, odbywa się w opuszczonych kościołach Zagłębia Ruhry.
  • Jak artyści mierzą się z przestrzenią sakralną, poruszając tematy industrialnej historii i migracji.
  • Co sprawiło, że tegoroczna edycja Manifesty jest rekordowa pod względem obecności polskich artystów.
  • Jaka jest koncepcja wystawy kuratorowanej przez Andę Rottenberg i Krzysztofa Kościuczuka

.

Międzynarodowe biennale Manifesta, jeden z najważniejszych przeglądów sztuki współczesnej w Europie od 30 lat, odbywa się po raz drugi w Niemczech, poprzednio w 2002 we Frankfurcie. Startuje 21 czerwca i potrwa do 4 października. Organizowane jest w czterech miastach: Duisburgu, Bochum, Gelsenkirchen i Essen w Zagłębiu Ruhry. Jest pani współkuratorką obecnej edycji, więc historia zatacza koło, bo była też pani w latach 90. inicjatorką Manifesty. Jakie były początki?

Założyliśmy wówczas fundację – z udziałem moim i kilkorga innych osób, między innymi Brytyjczyka Henry Meyrick Hughesa i Niemca René Blocka – z siedzibą w Amsterdamie. Jestem nadal honorowym członkiem jej zarządu. I wymyśliliśmy, że zarząd będzie wybierał zmieniający się zespół kuratorów biennale, a miejsce i warunki jego sfinansowania ustalone zostaną na zasadzie kontraktu z goszczącym je miastem. Po raz pierwszy Manifesta odbyła się w 1996 r. w Rotterdamie.

Obecna edycja Manifesty 16 Ruhr odbywa się w niezwykłych przestrzeniach - w 12 kościołach katolickich i ewangelickich, najczęściej nie pełniących już funkcji religijnych. Tegoroczne biennale wyróżnia też bardzo silna reprezentacja polskich artystów, jakiej nigdy na Manifesta nie mieliśmy, a których pani zaprosiła.

Jest ich dziewiątka. W części kuratorowanej przeze mnie i Krzysztofa Kościuczuka pokazują swe prace w trzech kościołach w Bochum: Christ-König (Chrystusa-Króla), Gethsemane-Kirche (Ogrójcowy) i St. Anna Bochum.

Kiedy przejrzałam listy uczestników wcześniejszych edycji Manifesty, zauważyłam, że z Polski dotąd było ich niewiele, a w ostatnich 7 edycjach wcale, więc pomyślałam, że trzeba tę zaległość nadrobić. Wybrałam ich jednak nie wyłącznie dlatego, że nie byli wcześniej zapraszani, ale też z powodu potencjału ich sztuki, który odpowiada koncepcji wystawy. Jestem bardzo wdzięczna Instytutowi Adama Mickiewicza, że otoczył ich opieką i hojnie nas wsparł finansowo, dzięki czemu w tej edycji jest ich aż tylu.

Obecnie nie tylko w Europie przybywa autorytarnych przywódców i nacjonalizmów, czego nie przewidywaliśmy przed 30 laty i co obserwujemy z goryczą. No ale główne założenia Manifesty nie tracą znaczenia. Chcemy nadal tworzyć wspólnotę artystów i ludzi wrażliwych.

Anda Rottenberg

Zaprosiła Pani artystów, z którymi blisko wcześniej już współpracowała?

Nie. Z Wilhelmem Sasnalem czy Nicolasem Grospierre nie pracowałam, choć długo się znamy. W gruncie rzeczy poza Mirosławem Bałką wcześniej z żadnym z zaproszonych artystów nie tworzyłam wystawy, więc nie wiedziałam, jak się z nimi pracuje, a oni nie wiedzieli, jak pracuje się ze mną. Dotyczy to również artystów z innych krajów, bo nie jest to prezentacja narodowa, ale projekt międzynarodowy i w sumie w trzech kościołach w Bochum mamy 24 artystów.

Czy pokazują oni prace znane, czy tworzone na zamówienie, specjalnie do tych wnętrz?

Niektóre są znane, bo aż się prosiło, żeby pokazać projekt Kasi Kozyry „Szukając Jezusa”. A Wilhelm Sasnal – jeden z nielicznych malarzy na naszej wystawie – znalazł w swoich zasobach 13 obrazów z różnych okresów, nawiązujących do przemysłu, więc korespondujących też z miejscem wystawy oraz film „Huba”, który zrealizował wspólnie z Anką, a także dokument nakręcony na taśmie 16 mm w kopalni na Śląsku.

Ale większość prac powstała specjalnie do konkretnego kościoła w Bochum. To poważne zadanie, jak zaaranżować taką przestrzeń, bo kościół nie jest galerią, jego architektura jest wymagająca. Na przykład ze względu na wielkość przestrzeni ukraińska artystka Katia Łysowienko maluje 8-metrowej długości panneau, opowiadające o losie imigrantek. Nie tylko ukraińskich, bo Europa jest ich pełna.

Artyści sami wybierali, gdzie pokażą swoje prace?

Niekoniecznie, zwykle był to efekt współpracy. Luc Tuymans z Belgii, gdy zaproponowałam mu ścianę w Christ-König, powiedział: „Super, zrobię do niej nową pracę”. A Pedro Cabrita Reis z Portugalii sam wybrał sobie miejsce. Przeszedł przez trzy kościoły i powiedział, że zrobi pracę na fasadzie kościoła St. Anny. I do tradycyjnego krucyfiksu dodał postacie dwóch łotrów, czyli stworzył obraz Golgoty.

Mirosław Bałka realizuje projekty w dwóch kościołach?

Tak. Przed wejściem do Christ-König pokaże dużą rzeźbę z węgla w metalowej siatce. Jest to uproszczona postać Madonny, czy może raczej starej kobiety – symbolicznej matki górników, która wyszła z nieczynnego kościoła. A w Gethsemane-Kirche – kościele ewangelickim o bardzo pięknej architekturze, uznanym już za zabytek, gdzie nie można wbić żadnego gwoździa – robi neonową instalację z odwróconym w lusterku słowem ojczyzna w sześciu językach.

Hasło Manifesta 16 brzmi „This is not a church” – „To nie jest kościół”, co daje do zrozumienia, że w nieczynnych kościołach artyści raczej nie odnoszą się do sacrum, a skupiają na innych tematach, dotyczących przeszłości lub współczesności Nadrenii i Westfalii. Często też poruszają problemy migracji i kulturowych wędrówek.

W dużym stopniu nawiązują do historii Zagłębia Ruhry, jego tożsamości i mieszkańców. Nicolas Grospierre pokaże zdjęcia poprzemysłowego pejzażu z czarnymi wyrobiskami, a także z fragmentów zdjęć z kopalni zbuduje bramę „do nieba”, o kształcie mihrabu – niszy w meczecie, trochę też nawiązującą do gotyku.

Z kolei praca Luca Tuymansa to 35-metrowa „zasłona” nawiązująca do propagandowego filmu „Triumf woli” Leni Riefensthal z 1934 r. nakręconego za pieniądze zwolenników NSDAP, eksploatujących Zagłębie Ruhry, a z drugiej do faktu, że mnisi z klasztoru należącego do tego kościoła byli prześladowani w czasie wojny.

Kurdyjka Pinar Öğrenci znalazła w archiwum Zagłębia Ruhry dokumenty, często wstrząsające, na temat gastarbeiterów z Turcji, przybywających w latach 60. XX wieku do Niemiec półlegalnie i zrobiła na ich podstawie film. A teraz pracuje nad następnym, pokazującym życie współczesnej społeczności muzułmańskiej w Bochum.

Natomiast Mikołaj Sobczak przygotowuje performans, odwołujący się do książki docent Joanny Ostrowskiej, opisującej losy osób nieheteronormatywnych prześladowanych w obozach koncentracyjnych.

Małgorzata Mirga-Tas, opowiadając o mniejszości romskiej, nie pokaże tym razem kolorowych tkanin, lecz przypomni swój zniszczony przez wandali Pomnik Pamięci o Zagładzie Romów w Borzęcinie, straconych przez Niemców w 1942 r. Porąbane przez nieznanych sprawców szczątki pomnika odlała w różowym wosku i łączy je na wystawie z figurami Jangare – opiekunów oraz niedźwiedzi, odlanych w czarnym wosku. Te drugie są ukłonem dla niegdyś aktywnych na terenie Niemiec „niedźwiedników”, Romów i Sinti zajmujących się kiedyś tresurą niedźwiedzi.

Z polskich artystów w Manifesta uczestniczy jeszcze Zuza Golińska i Jarosław Kozłowski.

Jarosława Kozłowskiego zaprosił René Block, który bardzo go ceni – do swojej wystawy w jednym z kościołów w Essen.

Z zaskoczeniem czytałam społeczne prognozy, że należy spodziewać w najbliższej dekadzie zamknięcia kolejnych dwudziestu tysięcy kościołów w całych Niemczech. Z tym większym, że tradycje religijne w zachodnich Niemczech wydawały mi się silniejsze niż w innych regionach tego kraju.

To jest postępujący proces. W Zagłębiu Ruhry widziałam bardzo dużo kościołów przekształconych w galerie i służących celom kulturalnym i społecznym. Są też kościoły, dawniej katolickie lub protestanckie, zamieniane na cerkwie rumuńskie lub ukraińskie. Albo na domy modlitwy dla wyznawców islamu, chociaż nie mają architektury meczetów. W każdym mieście można je znaleźć.

Poza tym kościoły pustoszeją, bo ludzie przestali wierzyć w Boga.

A znów, jeśli chodzi o migracje, można by sądzić, że od kiedy w Zagłębiu Ruhry zamknięto kopalnie węgla i wielki pokopalniany kompleks Zollverain w Essen został w 2001 roku wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako pomnik architektury przemysłowej, a zarazem przekształcony w tętniące życiem gigantyczne centrum kultury, problemy emigracyjne chyba bardziej dotyczą wschodnich landów.

No jednak myślę, że w Zagłębiu Ruhry nadal one istnieją. Tam się słyszy wszystkie języki, bo na tym terenie osiedlało się bardzo dużo mniejszości, w każdym kolejnym pokoleniu – z Turcji, byłej Jugosławii, Polski, Pakistanu, Indii, Afganistanu... Przyjeżdża też wielu Ukraińców.

W Zagłębiu Ruhry widziałam bardzo dużo kościołów przekształconych w galerie, czy służących celom kulturalnym i społecznym. Są też kościoły, dawniej katolickie lub protestanckie, zamieniane na cerkwie rumuńskie lub ukraińskie. Albo na domy modlitwy dla wyznawców Islamu.

Anda Rottenberg

Przypomnę jeszcze, że wzorem dla Manifesta była w początkach biennale pani wystawa „Europa Nieznana” w Krakowie w 1991 roku.

Na tamtej wystawie spotykali się na równych prawach młodzi artyści z obu części jeszcze niezjednoczonej Europy. Wiele osób ze świata ją widziało i uznało, że może być modelem dla Manifesta.

Ale przecież lata 90, w których narodziła się Manifesta to był zupełnie inny czas niż dzisiaj! Pełen nadziej po upadku komunizmu, otwarcia, integracji – nie tylko w sztuce, bo np. też w dążeniu do poszerzeniu UE. No a dziś optymizm wypierają konflikty, dezintegracja, polaryzacja stanowisk. Jaka jest rola Manifesty w takiej sytuacji ?

Wielokrotnie podkreślaliśmy, że lata 90. były czasem radości, wzrostu, widzenia jasnej przyszłości.

Obecnie nie tylko w Europie przybywa autorytarnych przywódców i nacjonalizmów, czego nie przewidywaliśmy przed 30 laty i co obserwujemy z goryczą. No ale główne założenia Manifesty nie tracą znaczenia. Chcemy nadal tworzyć wspólnotę artystów i ludzi wrażliwych.

Patrząc na tegoroczne Biennale w Wenecji można mieć wątpliwości, czy polityka nie pokona sztuki.

No niestety, na Biennale w Wenecji rządzą obecnie polityka i pieniądze. Ale mimo wszystko są tam też wydarzenia o dużej randze artystycznej, do których należy wystawa w Pawilonie Polskim.

Czytaj więcej

Pieśni wielorybów w Pawilonie Polskim na Biennale Sztuki w Wenecji

W swoim bogatym kuratorskim doświadczeniu ma pani też organizację wielu wystaw w Niemczech. Najgłośniejsza z nich to „Obok Polska Niemcy. 1000 lat historii w sztuce” w Martin Gropius Bau w Berlinie w 2011 roku. Czy doświadczenia przy niej przydają się pani teraz?

Nie wskazywałabym tu jednej wystawy, zrobiłam ich w Niemczech sporo. I na pewno przydaje się moje długie doświadczenie kuratorskie.

Manifesta jest nazywana Europejskim Nomadycznym Biennale, bo była organizowana już w wielu krajach Europy, m.in w Holandii, Hiszpani, Francji, Belgii, Kosowie, Luksemburgu, Włoszech, ale nie w Polsce.

Nie podejmowaliśmy takich starań?

Kilkakrotnie. W 2001 r. ówczesny minister kultury Kazimierz Ujazdowski był już na to gotów wyłożyć pieniądze. Nie wiem, dlaczego w końcu do tego nie doszło; wystawa się odbyła we Frankfurcie. Z kolei Łódź wyrażała w ubiegłym roku chęć zorganizowania Manifesty 17 (2028), ale organizacja Biennale kosztuje kilka milionów euro, więc potem okazało się, że nie ma na to pieniędzy…

To gdzie odbędzie się następna Manifesta w 2028 roku?

W Coimbrze w Portugalii, słynącej ze średniowiecznego Uniwersytetu, wpisanego dziś na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Czytaj więcej

Biennale w Wenecji w cieniu polityki. Kobieta w sercu dzwonu bije na trwogę