Śniło mi się przed kilkoma dniami, że zmarł Pat Metheny. Obudziłem się i zacząłem w głowie układać pożegnalny tekst, epilog dla człowieka, który napisał ścieżkę dźwiękową większej części mojego życia. Gdy już prawie skończyłem, przyszło mi do głowy, żeby może jednak na wszelki wypadek sprawdzić, czy Metheny faktycznie nie żyje. Okazało się, że nie umarł, tylko przyjeżdża do Polski na serię koncertów. Nie będzie więc epilogu dla amerykańskiego gitarzysty. Ale chciałem się z państwem podzielić moją myślą z tamtego przedświtu: Pat Metheny jest dzisiaj tym dla muzyki, kim Tomasz z Akwinu dla teologii.