Skąd ten kokieteryjny tytuł „Ostatnia płyta”?

Z głowy. Wymyśliłem sobie, że to dwuznaczna nazwa. Płyta ostatnia w znaczeniu najnowsza. Nic nowszego przecież do tej chwili nie nagraliśmy. Ale to także dobry wist komercyjny. Któż z naszych słuchaczy, którzy jeszcze kupują albumy, nie będzie chciał mieć ostatniej płyty? Gdy grupa Die Toten Hozen nagrała płytę „Kauf mich!” („Kup mnie”) – każdy podchodził do plakatu. Inna sprawa, że gdy jechałem przez Warszawę i widziałem rząd naszych plakatów – tytuł pisany małymi literami był nieczytelny, a w oczy rzucał się Kult i „Nowa płyta”.

Okładka miała wyglądać jak nekrolog?

Dla mnie – nie. Bardziej jak tablica u okulisty. Po wielu płytach, gdzie na okładkach było upchanych mnóstwo zdjęć, optowałem też za ascezą, tak żeby było dużo białego miejsca, żeby nie było problemów z autografami, bo zawsze trzeba było kupować srebrne flamastry albo ze szkłem powiększającym szukać jaśniejszego miejsca, gdzie Kazik Staszewski mógł się wpisać. A przecież było jeszcze potrzebne miejsce dla ośmiu innych członków Kultu.

Nekrologiem dla polskich nadziei jest na pewno finałowa kompozycja „Ziemia Obiecana”. Brzmi jak żałobny hymn.

Jeśli chodzi o tekst - to najważniejszy utwór na płycie, muzycznie też dobrze wyszedł. Jest również najdłuższy, żeby dobrze zapadł w pamięć. Pozostałe piosenki staraliśmy się zamknąć w 4 minutach, choć nie zawsze się to udało. „Ziemia Obiecana” ma być marszem żałobnym, który obrazuje, że jedność, a raczej twórcza różnorodność nam się nie udała.

A jaki na to miały wpływ doświadczenia związane z piosenką „Twój ból jest większy niż mój”? Przed wyborami prezydent Andrzej Duda apelował o uszanowanie wolności słowa w Trójce. Po wyborach – już nie. Po ingerencji w Listę Przebojów Trójki, kilkudziesięciu dziennikarzy opuściło redakcję, powstały dwie nowe w Internecie.

W każdej partii jest gromada tak zwanych użytecznych idiotów, których jedyną zaletą dla rządzących jest bezwzględna wierność i ciągła chęć potwierdzenia, że są bardziej papiescy od papieża. Jestem pewien, że gdyby sprawę przemilczano, gdyby nie było odgórnych telefonów – nic by się nie stało, bo piosenka muzycznie na powala…

Ty to mówisz?

Autopromocja
Rozlicz PIT z "Rzeczpospolitą"

W łatwy i wygodny sposób wypełnij zeznanie podatkowe

Pobierz za darmo

Ale okazało się, że popularność piosenki jest nieprzewidywalna. Wyobrażaliśmy sobie, że płytę „Zaraza” pociągną „Noże i pistolety”. Uważaliśmy, że to utwór, który wyprzedza, a może zapowiada wyjście ludzi na ulice, sfrustrowanych pandemią. Historia jest taka, że jesienią 2019 r. byłem na wycieczce w Ameryce Południowej i podczas pierwszego postoju w Santiago trafiliśmy na trwającą od kikunastu już dni rebelię ludu przeciwko państwu, policji i wojsku, taką że wszystko w powietrzu latało. Gniew ludu wywołało wiele spraw, ale kroplą, która przelała czarę goryczy była podwyżka cen biletów autobusowych. Zdaję się tak podwyżka to było 12 groszy, ale to było ostatnie 12 groszy cierpliwości. Przenosząc to na polskie warunki w czasie pandemii, zastanawiałem się, jak długo ludzie wytrzymają w zamknięciu. Myśląc, że gdy nie będzie co do garnka włożyć – wyjdą na ulicę jak w Chile i zacznie się plądrowanie sklepów. Tak się nie stało, piosenka przeleciała niezauważona. Tymczasem daliśmy do radia „Twój ból jest lepszy niż mój”, bo to był jedyny gotowy utwór z płyty. Wideo nagraliśmy w pół godziny, w drugie pół zrobiono montaż.

Ale to miało siłę ballady podwórkowej pełnej gniewu.

Miałem świadomość, że narobi trochę hałasu, bo to było niedługo po tym jak Kaczyński poszedł na cmentarz, który specjalnie dla niego otworzyli. Później mi wytłumaczono, że nie było rozporządzenia o zamykaniu cmentarzy, zaś decyzje pozostawiono w gestii administratorów. Jednak dzień, kiedy Kaczyński poszedł na cmentarz – zapamiętałem.

Wielu ludzi zobaczyło też, ze chodzi bez maski po Placu Piłsudskiego.

Hołownia też był tego dnia na cmentarzu, nawet tym się pochwalił w mediach społecznościowych, ale później – gdy zaczęła się robić zadyma - wszystko wykasował. I co mnie w tym wszystkim zastanowiło, oburzenie na Kaczyńskiego było ponadpartyjne. Zobaczyłem dawno niewidzianą, bardzo krótkotrwałą jedność. To, że opozycja się oburzała – nikogo nie dziwiło. Ale również wielu zwolenników PiS-u uznało zachowanie prezesa za nietaktowne. Zapisałem sobie wtedy szlagwort „Twój ból jest lepszy niż mój”, a gdy wypuściliśmy nagranie wiedziałem, że będą reakcje. Ale że całe zamieszenie doprowadzi do destrukcji Programu III? Ja tego nie wymyśliłem. Nie byłbym w stanie. Trójka zresztą istnieje. Mam kilku kolegów, którzy przychylnie patrzą na obecną władzę i mówią nawet, że Trójka nigdy nie była lepsza.

Fakty są takie, że jej udział w rynku spadł poniżej 2 procent, a ty śpiewasz „Polityk będzie zawsze moim wrogiem”.

Chciałbym z nimi mieć jak najmniej do czynienia. Ale wciąż mam. Mówi się o PiS-ie jako o prawicy, a przeraża mnie przechył w stronę socjalistycznego państwa, czego wyrazem jest „Polski ład”. PiS to teraz dla mnie skrót od
„Państwo i Socjalizm”. Z innej strony przeraża mnie skala inwigilacji w Internecie, gdzie wszystko o nas wiedzą.

Nie używam go za wiele, jednak spełniają się wizje orwellowskie, czy z książki  „451 stopni Fahrenheita”. Jedna rzecz nie została przewidziana: prywatne firmy zdobyły taką władzę, jeśli chodzi o stopień inwigilacji i zarządzania każdym z nas, że stały się bytami stojącymi ponad państwami i odbierają nam wolność. Zuckerberg, Bezos i inni mają taką władzę, że mogą prezydenta Trumpa wyrzucić poza nawias. Co sądzimy o Trumpie to już inna sprawa.

Są na płycie dwa utwory dwa utwory o księżach „Wiara” i „Donos do boga”. Czy ta krytyka może pomóc Kościołowi, który na własne życzenie traci wiernych, występuje przeciwko nim oraz skrzywdzonym dzieciom, czego efektem jest to, że papież wezwał polskich biskupów do Watykanu?

Naiwnością byłoby sądzić, że coś się zmieni po ujawnieniu kilku historii w instytucji, która przetrwała ponad 2 tysiące lat, a zdarzały się w niej dużo gorsze sytuacje. A jednak dziwi mnie - co więcej uważam, że to podłe! - brak zdecydowanych reakcji na to, co się dzieje, a także sposób traktowania ofiar. Przecież w wielu sprawach są niezbite dowody. Po co kościelne komisje? Tu potrzebna jest policja, prokurator i sąd, a nie przenoszenie księży z parafii do parafii. Od moich dzieci wiem, że sporo ludzi wypisuje swoje dzieci z religii, sporo ludzi dokonuje aktu apostazji. Ja się tym nie martwię, bo nie rozumiem zinstytucjonalizowanych form religii oraz tego, jak ktoś może drugiej osobie wmówić, że ma lepszy kontakt z Bogiem i może taki kontakt ułatwić. To nie dotyczy tylko katolickiego kościoła. Ale czy coś się zmieni? Myślę, że księża przetrwają. Kościół takoż. Ale z frekwencją będzie różnie. Pomimo tego, że Polacy są religijnym społeczeństwem i pod tym względem raczej jednorodnym, choć oczywiście jest wiele innych wyznań poza katolickim. Tyle tylko, że katolików rejestruje się na podstawie sakramentu chrztu, zaś przy apostazji są kłopoty, choć podobno coraz mniejsze… Może nie za mojego życia, ale pewnie kiedyś ludzie się opamiętają i przestaną wierzyć, że z czyimś pośrednictwem mogą uzyskać kontakt z  Bogiem. A czy on w ogole jest - to już inna sprawa…

Tak zróżnicowanej płyty Kultu jeszcze nie było. Jest na niej bardzo dużo bluesa, reggae, a nawet rytmy latynoskie i afrykańskie. Taki był plan?

W ogóle się nad tym nie zastanawialiśmy. My tak nie pracujemy. Dopóki nie zaczniemy grać, nie wiadomo w którą stronę wszystko pójdzie. Zebraliśmy się i tłukliśmy nowe kawałki. Postanowiliśmy jednak wrócić do starej zasady, że wszystkie piosenki podpisujemy zespołowo i równo dzielimy się tantiemami za muzykę. To jest takie rozwiązanie, jakie przyjęto m. in. w Queen, gdy Freddie Mercury wrócił do zespołu, co pokazano w filmie „Bohemian Rhapsody”. W ten sposób uniknęliśmy przepychanek przy selekcji piosenek oraz sytuacji, gdy niezależnie od poziomu artystycznego – kompozytor pcha swoje dzieło na płytę. Było łatwiej. Ale i tak powstało 30 utworów, tymczasem chciałem, żeby płyta była konkretna, spójna, bo albumy Kultu były przegadane. Nagrywaliśmy 16,17 kawałków, a do dwóch płyt był jeszcze suplement. Do „Hurra” fajny, ale do „Wstydu” – pomyłka. Tymczasem znów nagraliśmy 16 piosenek, sześć trzeba było odrzucić, gdyby nie to że wpadł mi w ręce mój dziennik z 1979 r., zapiski z czasu, gdy miałem 16 lat i tworzyliśmy zespół Poland. Dziennik obejmuje 17 dni, bo akurat tyle mi się chciało pisać. Wpadłem na pomysł, że zrobimy słuchowisko: przeczytam dziennik, przeplatając piosenki jego krótkimi fragmentami.

Ciekawe, że tytuł „Ostatnia płyta” uwiarygodnia ostatni fragment, w którym mówisz, że „zespół się rozpieprza”. Dziennik na winylu i kasecie będzie w jednym fragmencie. Czy na CD nie będzie przeszkadzać w słuchaniu piosenek?

To są krótkie kawałki, tak krótkie, że w spisie utworów nie zostały zaznaczone. Do tego mają osobne znaczniki. Zawsze można zaprogramować odtwarzanie tak, żeby odcinki dziennika ostatecznie pomijać. Osobiście uważam, że ten dziennik to „Prawda czasu, prawda ekranu 1979 r.”. Zapisałem raptem 17 dni, a ile się wydarzyło: ze trzy zmiany składu zespołu Poland i coraz to nowe koncepcje.

To był czas „burzy i naporu”.

W 1979 r. czułem, że czas związany z Poland był intensywny. Teraz jesteśmy dziadami, zgredami. Przygotowanie się do trasy koncertowej z próbami jest rozłożone na parę tygodni, bo dochodzi problem, że muzycy mieszkają w różnych miastach. A jeśli miałbym mówić o przejawach starości - to ostatnie lata zlewają mi się w jedną magmę. Jarek Ważny, który jest dla mnie wciąż nowym członkiem zespołu, powiedział że jest już z nami 12 lat. Myślałem, że może sześć. Góra! Najnowsi koledzy grają rok. Nie zagrali zresztą wiele koncertów. Jeden elektryczny, drugi akustyczny – wykonany dwukrotnie, bo w reżimie sanitarnym na salę mogło wejść 50 procent fanów. Ale czy to interesuje ludzi, którzy zapłacili za bilety? Ja też nie mam w programie skracania koncertów, dlatego w Krakowie byliśmy na scenie siedem godzin. Z godzinną przerwą.

Wróćmy do 1979 r. Otwierająca płytę piosenka „Jutro też będzie dzień” przypomina straszną nudę końca gierkowskiej dekady.

Podejrzewam, że to jest drugi tekst, jaki napisałem w życiu. Mam go do dziś na kartce. Zaś nuda była hasłem punkowców od piosenki „Bordome” Buzzcoksów. Nic się nie działo. Snuliśmy się po rynku Starego Miasta. Dlatego tak bardzo chcieliśmy założyć zespół.

W dzienniku ważną rolę gra twój kolega ze szkoły i liceum im. Reja Robert Schmidt, który rywalizował o piękną koleżankę z Robertem Brylewskim, wziął z nią ślub, miał dziecko, a w 1989 r…

Umarł, kiedy Kult leciał do Brazylii. Robert Schmidt bardzo na mnie wpłynął. Wyciągnął ze mnie duszę rebelianta, bo byłem bardzo poukładanym i grzecznym chłopcem. Punk rock zainteresował mnie i podobał mi się od strony estetycznej. Poza tym był prosty do grania. Oczywiście, dużo było muzyki prostej. Nawet w tak zwanym rocku symfonicznym. Genesis i Yes grali karkołomnie, ale Pink Floyd to była prosta muzyka. Mówię sobie nawet czasami, że Pink Floyd to jedno z największych oszustw w muzyce, bo wszyscy amatorzy wyobrażali sobie, że Floydzi mają warsztat nie wiadomo jaki…Oczywiście, mają piękne kompozycje i uwielbiam Pink Floydów w odróżnieniu od Genesis i Yes, których nie mogę słuchać. Jak to mówię, większość przyznaje mi rację w sprawie Yes, ale Genesis bronią. Janek Grudziński, który jest fanem Genesis, uważa że grupa skończyła się na „Lamb Lies Down On Broadway”. Odszedł Gabriel i… kamieni kupa. A dla mnie Genesis był przyswajalny jak zostali we trzech, a nawet gdy w zasadzie zaczęli grać POP MUSIC. Collins okazał się świetnym kompozytorem, frontmanem i sympatycznym artystą, co mówię, choć go nie znam.

Czy koledzy, którzy odeszli z Kultu nie tęsknią za zespołem?

Janek zadzwonił i oznajmił, że odchodzi. Nie było rozmowy. W związku z tym, że jego stosunek do grania w Kulcie mocno zelżał, specjalnie się nie zmartwiłem, zwłaszcza że mieliśmy Konrada Wantrycha, który grał ze mną na „Zarazie”. Z Jankiem Grudzińskim kontaktuje się Piotrek Morawiec i z tego co opowiada, Jankowi nie podoba się „Wiara”, która poszła do radia. Mówi: „Gówniany blues i do tego znowu o księżach”. Odejściem Tomka Glazika po wymianie ostrych słów – się zmartwiłem. Chciałem nawet jechać do niego do Londynu i jeszcze spróbować w cztery oczy porozmawiać. Chociaż była pandemia. Wysyłam mu różne informacje: że będę miał wnuka, że dostaliśmy pieska. Wiem: to wszystko jest elektronika. Najlepiej byłoby zadzwonić, ale nie mam jeszcze odwagi. Niech on mi wcześniej odpisze na co najmniej jedną moją informację.

Dla starych fanów ważniejszy był Grudziński.

Był ważny. Stworzył dla Kultu wiele piosenek. Ważne było jego brzmienie, zaś to, że na koncertach grał jedną ręką i jednocześnie czytał gazetę – było wręcz zaletą. Ja też mówiłem, że to fajne, choć słyszałem, że to wyraz lekceważenia zespołu i publiczności. Dopiero jak odszedł, pomyślałem: tak, to mogło być lekceważenie.

Konrad Wantrych się sprawdza, świetnie brzmi jego Hammond.

Prochu nie wymyśliliśmy, to jest cały czas Kult, ale jednak nagrany inaczej.

Jest aura grania na żywo, lekko, ale soczyście. Zaczyna się jak w latach 60-tych.

Zaczyna się w stylu The Doors i „L.A. Woman”, ale też chcieliśmy, żeby wszystkie piosenki zostały nagrane na oryginalnych instrumentach. Pożyczyliśmy pianino Wurlitzera, pianino Sony na jakim grał Elton John z pick upem przy każdej strunie jak w gitarach. Był fortepian i pianino Steinwaya, kupiłem też najbardziej wypasiony model organów Hammonda. Poza tym, szczęście w nieszczęściu, Proxima była zamknięta, w związku z tym, poza pomieszczeniem, gdzie zwyczajowo nagrywamy, mieliśmy do dyspozycji cały klub. Perkusję i sekcję dętą nagrywaliśmy w sali koncertowej, która była obstawiona mikrofonami w wielu miejscach, więc jeśli jest pogłos - to naturalny. Nie używaliśmy elektronicznych efektów. Tomek Goehs zaczął słuchać wszystkich uwag, które przychodziły z inżynierki, co mnie zaskoczyło. Gdy mieliśmy wszystkie ślady nagrane, Wojtek z Kajatenem wzięli się za miksowanie i zrobili najgłośniejsze nagrania świata. Mocno je skompresowali, a z tym nie można przesadzać. Pamiętam, jakim rozczarowaniem była dla mnie druga płyta Rage Against The Machine, na którą długo się czekało po pierwszej. Na pierwszej muzyka jest mocna, ale oddycha, a na drugiej tak zbita, że brakuje powietrza, bo postanowiono ją dopalić. Podobnie „Ostatnia płyta” w pierwszym podejściu do zgrania była nieudana. Doszliśmy więc do wniosku, że skoro nagrania brzmią dobrze – nie kręćmy nic przy nich. I praktycznie nic nie poprawialiśmy, tylko zgraliśmy to, co jest co jest w stereo.

Ostatnia kwestia: śpiewasz o tym, że korporacje bywają współczesną formą niewolnictwa, a jednocześnie nie podobają ci się zapisy projektu ustawy o uprawnieniach artysty, która ma w Polsce nałożyć na koncerny elektroniczne opłaty reprograficznej, rekompensujące artystom korzystanie przez użytkowników urządzeń elektronicznych z dzieł artystycznych. Teraz opłata reprograficzna w przeliczeniu na jednego Polaka wynosi równowartość 5 eurocentów, zaś Francuza i Niemca –  około dwa euro.

Nie można przeliczać na jednego Polaka, bo nie każdy Polak kupuje sprzęt. Na tej zasadzie wypasione BMW za pół miliona kosztuje każdego Polaka 1 grosz, czyli stosunkowo niewiele. Otóż opłata reprograficzna wynosi do 4 procent ceny kupowanego sprzętu. I płaci ją kupujący, a nie każdy Polak. Do tego 50 procent tego haraczu zostanie w związkach twórczych. A jakaś izba zadecyduje kto jest artystą. Przecież sztuką jest to, co się wmówi ludziom, że nią jest.

Sztuka to jednak coś więcej, w projekcie ustawy ujęto tę kwestię inaczej, a to co nazywasz haraczem w połowie popłynie do artystów, poprzez związki twórcze jako rekompensata za utracone tantiemy z tytułu niekupionych CD, DVD itd., zaś reszta na zapomogi dla artystów, którzy zarabiają poniżej średniej krajowej i nie mają ubezpieczeń, bo pracują na śmieciówkach.

A kto będzie decydował o tym, kto jest artystą?

Związki twórcze na podstawie działalności oraz przychodów z niej.

A czy mój kolega Zacier, która będąc lekarzem, ma zespół - jest artystą czy nie?

 

A czy zarabia więcej niż średnia krajowa?

Podejrzewam, że jego wpływy z działalności artystycznej są poniżej średniej. Ale nie mam prawa ich publicznie ujawniać. A nawet mówić o zarobkach osoby trzeciej. A poza tym, co to ma do rzeczy, ile się zarabia?

To jedno z kryterium, które ma pokazać, czy ktoś ktoś pracujący jako artysta zasługuje na socjalną rekompansatę w związku z tym, że instytucji kulturalnej lub jego pracodawców nie stać na płacenie ubezpieczenia.

Ja się pytam, czy jest artystą?

Ta ustawa nie jest celebrytów, tylko dla tych, których nie stać na ubezpieczenie.

Ale ja jestem przeciwko programom socjalnym in generis. Bo one zawsze pochodzą z podatków. Ta opłata to kolejny podatek przecież, wcześniej zabrany uczciwie pracującym ludziom. Poza tym, dlaczego twórcy kultury mają być traktowani inaczej?

Chodzi tylko o to, żeby byli traktowani tak samo jak w całej Europie.

Ja nie chcę, żeby było jak w Europie. Dlaczego nie jak w Ameryce? Ale popatrz na propozycję kulturalną Ameryki i Europy.


Każdy ma swoją specjalność. W Ameryce czas ochrony praw autorskich jest dłuższy niż w Europie, bo sztuka jest traktowana jako ważny przemysł, a piratów ściga FBI.

Wyobraźmy sobie, że ktoś kopie rowy. Jak kopie źle i go zwolnią, to mamy mu z tego tytułu płacić? Dobrze wykopane rowy są równie ważne jak piosenki, jeśli nie ważniejsze! Dlaczego artyści mają być ważniejsi od kopaczy rowów?

W czasie pandemii koncerny elektroniczne podniosły ceny na swoje produkty, które sprzedawały się lepiej, bo ludzie chcieli w domach oglądać filmy i spektakle, a nie kopanie rowów, z całym szacunkiem dla ich wykonawców. Koncerny zarobiły dzięki artystom – a nie kopiącym rowy, ale artyści już nie.

Ale przecież ludzie płacą za słuchanie i oglądanie w sieci. Płacą za płyty i kasety. Dlaczego mają jeszcze dopłacać do komputera? Doczekałem czasu, że piractwo praktycznie zniknęło. Niewiele pieniędzy  dostaję YouTube’a, ale dostaję.

To dlaczego artyści narzekają na zbyt niskie tantiemy ze streamingu, które nie bilansują spadku sprzedaży CD i DVD? Bo artyści ubożeją, zaś producenci elektroniki i dystrybutorzy muzyki na platformach streamingowych bogacili się pomimo pandemii tak bardzo, że stać ich było na przejmowanie katalogów największych gwiazd.

Myślę, że ta cała energia jest skierowana nie w tym kierunku, co trzeba. Zamiast kolejnego opodatkowania położyłbym nacisk na to, żeby z serwisów streamingowych nie spływały do artystów psie grosze – bo to są psie grosze, tylko normalne pieniądze.