Rz: Jak się zostaje szefem kuchni w tajskim Hiltonie?
Pairoj Kaoropwongchai:
To lata praktyki, w moim przypadku 20 lat. Ale nie ukończyłem żadnych specjalistycznych szkół, bo takich w Tajlandii nie ma. Po prostu kocham gotować.
I to wystarczy?
Oczywiście musiałem zaprezentować moje umiejętności. Było ponad 20 kandydatów.
Od kogo i gdzie uczył się pan gotować?
W domu. Gotowanie, mimo że mam cztery siostry, należało zawsze do moich obowiązków. Ale od dziecka to lubiłem. Pomagałem rodzicom i gotowałem dla wszystkich. Byłem trochę kurą domową.
Czyli miłość i doświadczenie?
I przyjemność, jaką daje poczucie, że to, co przygotowałem, smakuje innym. Dodałbym jeszcze chęć eksperymentowania w kuchni.
Czy stosuje pan jakieś nowoczesne techniki, na przykład kuchnię molekularną?
Nie. Ale staram się czerpać z różnych kultur, łączyć tradycję tajską z europejską lub z innych krajów azjatyckich. Piekę, grilluję, gotuję w woku i na parze, podaję też surowe potrawy. Lubię serwować pikantne dania i dekorować półmiski.
Dekoracje tajskich potraw można też zjadać, ale są tak piękne, że czasami szkoda...
Tajlandczycy to niezwykle pomysłowi ludzie. A technika smażenia w głębokim oleju pozwala przygotowywać wymyślne dekoracje, jak kwiat orchidei w mące czy prażona roślina lep krut.
Niejeden zazdrości panu pracy tu, na Phuket. Czy ma pan jakieś marzenia?
Chciałbym kiedyś gotować w Europie czy w Stanach Zjednoczonych.
Oczywiście w Hiltonie.
Tak, chociaż praca jest ciężka. Mamy w ofercie 50 zestawów, w każdym po osiem dań. Pracuję po 11 godzin dziennie. Jeżdżę też po świecie, promując tajską kuchnię. Byłem w Indonezji, Korei, Hongkongu, Singapurze i w Bułgarii.
I jak przyjęto tam tajską kuchnię?
To był olbrzymi sukces. Zresztą tajska kuchnia jest coraz bardziej popularna na świecie. Jest zdrowa i bardzo lekka. Można dużo zjeść i człowiek wcale nie czuje się ciężki.