Muzyka Brytyjczyków od początku robiła wrażenie przygotowanej przez inteligentny, interaktywny program komputerowy do komponowania ponadpokoleniowych przebojów dla fanów wszystkich gatunków. Tymczasem stworzyła ją, bynajmniej nie sztuczna, inteligencja lidera Matta Bellamy 'ego. Hard rock zmiksowany z syntezatorowym popem i partiami wokalnymi, których tematem jest zagłada bądź totalna inwigilacja, przyniosły globalny sukces.
Trio zapełnia największe stadiony świata, stanowiąc konkurencję dla U2. Współpracujący z Irlandczykami kompozytor i aranżer Michael Campbell tworzył zresztą „The 2nd Law". Sam Bellamy określił na Twitterze stylistykę tej płyty mianem... „chrześcijańskiego gansta rapu z elementami jazzowej odysei oraz wyciszającego, a jednocześnie rebelianckiego dubstepu z mieszanką flamenco w stylu heavy metal i kowbojską psychodelią". Tematem jest kryzys energetyczny.
– Obecne procesy technologiczne zmierzają do tego, że wszystkie dostępne zasoby wyczerpują się w zastraszający, nieodnawialny sposób – powiedział. Muse to nie dotyczy. To energetyczne perpetuum mobile.
Wiele o różnorodności piosenek mówi rozpoczynające album „Supremacy" o obsesji dominowania nad innymi, która prowadzi ludzkość do katastrofy. Kompozycja robi wrażenie wielowątkowego soundtracku, na który składa się uwertura w stylu zeppelinowskiego „Kashmiru", tyle że zagranego na syntezatorach.
Później mamy podniosły, wzmocniony orkiestrą motyw w stylu muzyki do filmów o Jamesie Bondzie. Elektroniczny „Madness" poświęcony jest chorej ambicji, niszczącej miłość. Nie powstałby, gdyby nie „Lemon" U2 z pamiętną melodeklamacją The Edge. Słyszymy też zaśpiewy w stylu Prince'a i rozwiązania melodyczne, jakie wprowadził Queen. Bellamy zagrał nawet solówkę, do której wykonania mógł zaprosić Briana Maya. „Panic Station" bazuje na funkowych aranżach w stylu INXS.
Ckliwy orkiestrowy motyw „Prelude" został kapryśnie wrzucony w środek albumu i rozpoczyna jego kolejną odsłonę, czyli „Survival", piosenkę, która była hymnem tegorocznej olimpiady w Londynie. Bellamy śpiewa o wyścigu i zapewne nikt go nie prześcignie w dziedzinie rock-opery. Trzeba dodać, że tekst nie robi wrażenia apoteozy rywalizacji, lecz szyderstwa z przerostu ambicji. „Follow Me" w stylu popowych hitów Freddiego Mercury'ego dedykowany jest synowi Bellamy'ego i przetworzony zapis bicia jego serca współtworzy rytm utworu.
Są też na płycie kompozycje, które lepiej gdyby nigdy nie powstały – na przykład „Big Freeze". Na szczęście spory wkład w powstanie krążka ma basista Chris Wolstenholme. W „Save Me" i „Liquid State" opowiedział o swojej walce z uzależnieniem od alkoholu.
Finał albumu jest równie pompatyczny jak początek – to orkiestrowo-elektroniczne „Unsustainable" z typowymi dla Skrilleksa zgrzytami i mocnymi basami, które spointował lirycznie fortepian w „Isolated System".
22 listopada Muse zagrają w łódzkiej Atlas Arenie.