Muse to jednak niepoprawni efekciarze i każdy kolejny krążek tylko to potwierdza. Dla efektu zrobią wszystko. „The 2nd Law" rozpoczyna się na przykład tak, jakby zespół startował w przetargu na soundtrack do najnowszego Bonda. Kilka minut później muzycy zamieniają się we wsparte elektronicznym podkładem U2, co zresztą podkreśla barwa głosu Matthew Bellamy'ego, brzmiącego jak brat bliźniak Bono. Kolejne minuty i Muse wkłada kolorowe fatałaszki rodem z koszmarów lat 80., po czym staje okrakiem na skrzyżowaniu poetyki Prince'a i Queen. Potem jest jeszcze trochę disco, szczypta metalu i oczywiście art rocka, a wszystko to rozdmuchane, patetyczne i rozplanowane z takim rozmachem, jakby „The 2nd Law" miało być nie płytą, lecz jakąś epicką rock operą.