Bruce Springsteen nie kryje pesymizmu związanego ze swoim wiekiem – 23 września skończył 71 lat, i małą szansą na szybki powrót do koncertowania.

– Martwię się, czy kiedykolwiek jeszcze zagram dla fanów – wyznał w wywiadzie dla magazynu „Rolling Stone". – Jeszcze bardziej jestem zaniepokojony losem innych muzyków i pracowników zaplecza technicznego. Leży mi to na sercu, tym bardziej że przez ostatnie lata rynek koncertowy rozwijał się znakomicie. Wirus wszystko przekreślił.

Ponieważ Boss nie ukrywa też walki z depresją i używania antydepresantów, stać go na sarkazm: – Mam dobry nastrój, bo jestem naspidowany.

Zimne oko kamery

W listopadzie ubiegłego roku zaprosił do domowego studia muzyków z zespołu E Street Band, który towarzyszy mu z przerwami od 1972 r.

– Nagrywaliśmy jedną piosenkę w trzy godziny – mówi gitarzysta Steve Van Zandt. – Album był gotowy w cztery dni, piątego dnia nie mieliśmy nic do roboty, więc posłuchaliśmy tego, co nagraliśmy.

Muzycy wznieśli też toast za tournée i gdyby nie globalna pandemia, rozpoczęliby je wiosną 2021 r. A chociaż płyty sprzedają się najlepiej, gdy mają wsparcie koncertowe, premiery „Letter To You" zaplanowanej na 23 października nie przesunęli.

– Kiedy muzyka jest nagrana, muszę ją wydać – mówi Boss. – Tym bardziej że intuicja podpowiada mi, że koncerty powrócą w najlepszym razie w 2022 r. I uznałbym branżę koncertową za szczęśliwą, gdyby tak się stało. Będę się też uważać za szczęściarza, jeśli stracę tylko rok życia koncertowego, a przecież to moja podstawowa aktywność, ona mnie napędza, odkąd skończyłem 16 lat. Po siedemdziesiątce mamy ograniczone możliwości, nie wyjadę już wiele razy na tournée, a czuję, że zespół jest w stanie grać na bardzo wysokim poziomie, lepiej niż kiedykolwiek.

Bruce nie ma wątpliwości, że koncerty transmitowane na żywo online nie zastąpią kontaktu z fanami, zwłaszcza artyście, który kochał grać co wieczór nawet ponad trzy godziny. Uwielbiał też skakać ze sceny w tłum fanów, by nieśli go ponad głowami. Spróbował koncertowania w sieci, ale czuł się wtedy dziwnie, mając przed sobą zamiast żywo reagujących słuchaczy zimne oko kamery.

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ

„Letter To You" ma tym większą wartość, że to pierwszy od czasu „Born in the U.S.A." (1984) album nagrywany przez E Street Band w studiu, ale na żywo, prawie bez dogrywek, w obecności całego zespołu. A raczej tych, którzy pozostali.

Ostatnio historia E Street Band dyktowana była bowiem przez śmierć. Zmarli saksofonista Clarence Clemons i organista Danny Federici. Każde spotkanie Bossa z pozostałymi muzykami było jako dotykanie bolesnej rany. Dlatego zdecydował się na solowe granie. Ale też jedno z pożegnań sprawiło, że Springsteen znowu zapragnął wrócić do korzeni.

Punktem zwrotnym była śmierć George'a Theissa, lidera Castiles, który zaprosił w połowie lat 60. nastoletniego Springsteena, by grał w zespole na gitarze prowadzącej. Z czasem zaczęli rywalizować o miejsce przed mikrofonem.

The Castiles rozpadło się w 1968 roku, Theiss pracował później jako stolarz, występując wieczorami w klubach. Tymczasem Bruce rozpoczął karierę. Przyjaciele zbliżyli się, gdy Springsteen miał serię kilkuset solowych koncertów na Broadwayu. Niestety, Theiss był już śmiertelnie chory. – The Castiles to był naprawdę dobry, lokalny zespół, któremu zawdzięczam pomysł na to, czym ma być E Street Band: największym zespołem barowym na świecie – tłumaczy.

Przewodzą duchy

Śmierć George'a sprawiła, że wrócił do komponowania w stylu E Street Band, wcześniej nagrywając mocno polityczne „Wrecking Ball", „High Hopes", głównie z piosenkami wyciągniętymi z szufladami, oraz popową i zaaranżowaną na orkiestrę płytę „Western Stars".

– Komponowanie to jak praca w kopalni – podsumowuje Boss. – Czasami jedno złoże się wyczerpuje i trzeba szukać gdzie indziej.

Udział w tych poszukiwaniach miało wydarzenie podczas jednego z koncertów na Broadwayu. Fan podarował Springsteenowi gitarę akustyczną. Bezczynnie leżała przez wiele miesięcy, aż w kwietniu 2019 r. Bruce wziął ją do rąk i przez dziesięć dni skomponował wszystkie piosenki na nową płytę, zmieniając tylko pomieszczenia, w których je wymyślał. Pierwsze powstało elegijne „Last Man Standing", nawiązująca do koncertów The Castiles z frazą „Liczysz nazwiska zaginionych, odliczając czas". Tematem płyty jest bowiem bycie razem w zespole, spotkania i pożegnania, wzajemne inspiracje. W „Ghosts" Boss śpiewa: „Zwiększam głośność i pozwalam duchom być moim przewodnikiem".

– Teraz każdego dnia stykam się ze zmarłymi. Mój ojciec, Clarence czy Danny – wszyscy wchodzą w mojej życie, idą obok mnie, a ich energia odbija się w realnym świecie – mówi Springsteen. Idealne na 1 listopada.

„Letter To You" ukazało się tuż przed wyborami prezydenckimi w Ameryce, zaś Springsteen niejednokrotnie występował z politycznym przekazem, krytykując m.in. George'a W. Busha, ale teraz dystansuje się od wielkiej polityki: – Gdybym się tym zajął, byłoby to strasznie banalne.

Ale uczestniczył, choć krótko, w konwencji demokratów, a nawet użyczył piosenki „The Rising" do promocyjnego filmu partii. Stał się człowiekiem mniej ufnym. – Mam trochę mniej wiary w moich sąsiadów niż cztery lata temu – mówi.

– Jeśli wygra Joe Biden, pomoże nam to w odzyskaniu dawnego statusu – uważa. – Ameryka porzuciła bowiem przyjaciół, zaprzyjaźniła się z dyktatorami, zlekceważyła naukowe dane o zmieniającym się klimacie.

Najbliżej politycznych wydarzeń jest „Rainmaker" o demagogu, który oferuje fałszywą nadzieję rolnikom dotkniętym suszą. Ale piosenka powstała jeszcze przed kadencją Trumpa. Dopiero w „House of a Thousand Guitars" śpiewa o klaunie, który skradł tron.

Springsteen nie udziela odpowiedzi na pytanie, czy „Letter To You" może być ostatnią płytą jego zespołu. Mówi: – Dziś nikt nie zagwarantuje nam przyszłości.