Mega gwiazda robi wrażenie człowieka cichego, pokornego i spokojnego.
Jest taki również dlatego, że niejedno już przeszedł. Przeżył raj sławy Woodstock i piekło narkotyków, a po nim załamanie kariery. Potem nastąpił zaś jeden z największych comebacków w historii fonografii, gdy producent Clive Davis namówił Carlosa na nagranie albumu „Supernatural", promując go na nowo w duetach z młodymi gwiazdami. Płytę kupiło 30 mln fanów. Dostała 9 Grammy. Później był sukces „Shamana", zaś rok temu - CD „Guitar Heaven" z największymi gitarowymi hitami w interpretacji Santany.
Wirtuoz grał „Smooth", „Maria Maria", „Corazon Espinado" oraz „Whole Lotta Love" Led Zeppelin czy „Smoke on the Water" Deep Purpli. Każda z piosenek dawała mu sławę i krocie pieniędzy. On jednak, w cichości ducha, marzył o instrumentalnym albumie, tak jak na początku kariery, gdy zasłynął „Europą" czy „Sambą Pa Ti". Wydawca się nie zgadzał. Był jak hiszpański konkwistador, który nie wietrzył w tym złotego interesu i domagał się innych, bardziej komercyjnych projektów.
- To bardzo przyjemne, gdy towarzyszą mi inni artyści, a mojej muzyce - słowa, jednak nie potrzebuję tego - wyznał gitarzysta. - Chciałbym powiedzieć: „Może pozwolicie Meksykaninowi wreszcie zagrać na gitarze?.
„To pragnienie ściśle łączy się z wiarą Santany w siłę wyobraźni. Artysta, który mówi, że żyje w stałej łączności z aniołami, nie lubi być dosłowny. Uwielbia snuć pełne mistycyzmu gitarowe opowieści, bo przecież taki charakter mają jego solówki. Zarówno jemu, jak i słuchaczom, dają szansę na wewnętrzne przeżycia - emocje lub refleksje, o co tak trudno we współczesnym świecie.
- Piosenki mają konwencjonalną budowę: początek, refren, chórek, zakończenie - tłumaczy Santana. - Moje nowe kompozycje tworzyłem według innej zasady: „zamknij oczy i graj". Nie podporządkowałem ich regułom rządzącym dzisiejszym radiem. Mogłem być szczery w opowiadaniu tego, co czuję.
W tych słowach zapisana jest również indiańska duma artysty. Santana, przypominając o swoich meksykańskich korzeniach, dedykował album wszystkim plemionom, które spotkała katastrofa z rąk białego człowieka oraz tym wolnym ludom, które przetrwały dzięki sile swej duchowości.
- Marzę o koncercie z udziałem rdzennych Amerykanów, zamieszkujących oba kontynenty od Alaski po Brazylię, a także syberyjskich szamanów i australijskich Aborygenów - powiedział muzyk.
Takim koncertem jest płyta, z Indianami na okładce, i tytułową kompozycją, będącą zaproszeniem do medytacji. Santana wspaniale gra na akustycznej gitarze z akompaniamentem organów Hammonda, które wprowadzają nastrój Woodstock. „Dom" pochodzi z repertuaru Touré Kunda. Santana wyciszył się, kontempluje ztowarzyszeniem akordów syntezatorowej orkiestry.
W „Nomad" połączył wodę i ogień - furię i liryzm. To najlepsza kompozycja na płycie, wraz ze wspaniałą balladą „Angelica Faith". „Spark of the Divine" było już wykonywane live, teraz pojawia się w nowej, delikatniejszej wersji.
Płytę spotka gorące przyjęcie na Węgrzech, ale nie tylko tam spodoba się melancholijna „Macumba In Budapest" i „Mr Szabo" - ukłon w stronę muzyki cygańskiej mistrza węgierskiego jazzu Gabora Szabo, którego kompozycję „Gypsy Queen" gitarzysta zagrał na legendarnej płycie „Abraxas".
Album kończy „Ah, Sweet Dancer". Santana usłyszał ten motyw w Niemczech, jadąc taksówką. A od czasu, gdy udało mu się kupić płytę z nim, wykonywał również podczas swoich tournee. Teraz słuchamy go z partią fortepianu zagraną przez syna Salvadora.
Najwierniejsi fani powinni być wniebowzięci. A wydawcy? Mniejsza o nich.