16 czerwca 2012 r. Małgorzata Niemirska kończy 65 lat.

Fragment wywiadu z archiwum magazynu Tele

z 2010 roku

Większość artystycznego życia spędziła pani w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Woli pani ten sprzed lat, w którym rozpoczynała karierę pod koniec lat 60., czy dzisiejszy?

Wtedy był salonem, w którym spotykali się twórcy. Teatrem wyjątkowym nie tylko w skali Warszawy, ale i Polski. Miał szczęście do ciekawych osobowości artystycznych, choć z dzisiejszego punktu widzenia była to szacowna, by nie powiedzieć tradycyjna instytucja. Teraz jestem już chyba matuzalemem w zespole Dramatycznego. Dziś jest zielone światło dla młodych, na nich przede wszystkim się stawia. Może zbyt często zapomina się, że w teatrze tradycja też jest ważna.

W pamięci widzów pozostał do dziś „Kubuś Fatalista i jego Pan” grany przez wiele sezonów przy niezmiennym aplauzie. Czy aktorom sprawiał równie wielką frajdę?

Rzeczywiście, nie było takiej widowni, która siedziałaby niema czy z nieprzyjaznym nastawieniem. Wcześniej czy później widzowie ulegali urokowi tego spektaklu. Jego konstrukcja i formuła były tak świetnie wymyślone, że nie byliśmy w stanie go położyć. Cieszyliśmy się na każdy wieczór, kiedy graliśmy to przedstawienie, różniące się zresztą od repertuaru ówczesnych teatrów. Według formuły reżyserskiej Witka Zatorskiego zapraszaliśmy widzów do wspólnej zabawy. Zdarzyło się nawet, że pewien pan przyjął tę propozycję w sposób dosłowny i towarzyszył nam na scenie do końca przedstawienia. Zatorski był niezwykły, potrafił wyczarowywać cudowne światy i kochał aktorów.

Zagrała pani u niego także Celimenę w „Mizantropie”. To jedyna rola, jaką zagrała pani dwukrotnie; drugi raz po 16 latach u Julii Wernio w teatrze w Gdyni. Było łatwo wejść po raz drugi do tej samej rzeki?

Miałam duże opory. Za pierwszym razem udało się, więc zdawałam sobie sprawę, że poprzeczka została zawieszona wysoko. Ale propozycja była kusząca. Celimena w wieku 30 lat i o dwie dekady starsza to dwie różne kobiety. Biologia i doświadczenie życiowe podpowiadają za każdym razem inne rozwiązania. Młodsza kobieta nie ma świadomości rozsiewanego czaru i pewnej bezczelności. Druga, „podniszczona”, jest znacznie bardziej doświadczona i bogatsza o świadomość przemijania.

Autopromocja
Bezpłatny e-book

WALKA O KLIMAT. Nowa architektura energetyki

POBIERZ

Kiedy w 1981 roku przyszedł stan wojenny, a dyrekcję Dramatycznego zabrano Gustawowi Holoubkowi, odeszło z zespołu wielu aktorów, także pani i Marek Walczewski.

Chcieliśmy spróbować czegoś nowego. Tak się złożyło, że w tym samym czasie dyrekcję Teatru Studio objął Jerzy Grzegorzewski, nasz przyjaciel. Był artystą wywierającym piętno na każdym, z kim pracował. Uwrażliwiony na formę, kreował teatr plastyczny, umowny. Tworzyli z Markiem niezwykły tandem. A i ja bardzo skorzystałam na tej współpracy. Do dziś brzęczą mi w głowie rady Jurka: „Pamiętaj, jak ważne jest wejście i zejście”. Uczył aktorów szukać odpowiedniej formy scenicznej.

Lubi pani dziś chodzić do teatru?

Teatrów jest tak dużo, aktorów tak wielu... Od dawna jestem zdania, że powinna być jedna szkoła teatralna. Żal mi tych młodych, którzy dostają dyplom magistra sztuki aktorskiej, a potem są bezrobotni. Załapią się na serial, okładkę, czują się gwiazdami, a niczego jeszcze nie potrafią. To swoisty rodzaj zawodowego kalectwa.

Może nie mieli szczęścia trafić na odpowiednich ludzi?

Pewnie tak. Gdyby pracowali z wybitnymi twórcami, nie przyszłoby im do głowy rozmieniać się na drobne zaraz na początku. Taki Lupa na przykład to całkiem inny świat. Nie znam dziś drugiego reżysera, który umiałby tak fantastycznie pracować z aktorami. Potrafi odgrzebywać w człowieku głębokie pokłady świadomości i podświadomości, czasem straszne. Dzięki niemu dowiadywaliśmy się o sobie rzeczy, o jakie byśmy się nie podejrzewali. Proces dochodzenia do efektu końcowego interesuje mnie znacznie bardziej niż on sam. Tak było od początku, od szkoły teatralnej. Wiele pomogła mi sobie uświadomić pani profesor Ryszarda Hanin. Była pierwszą osobą, która uwolniła mnie od fałszywego wyobrażenia na swój temat. Do dziś jestem jej za to wdzięczna. Po takich spotkaniach jest się kimś lepszym.

Wynika z tego, że w pani zawodowym życiu teatr jest najważniejszym miejscem.

Może dlatego, że nie trafiłam nigdy na filmową rolę, która zafascynowałaby mnie do końca, z którą bym się utożsamiała. Może to jeszcze przede mną, bo profesor Hanin mawiała: „Jesteś jak dobre czerwone wino – dojrzewasz z biegiem lat”.

A jaki ma pani dziś stosunek do Lidki z „Czterech pancernych”.

W kółko jestem o nią pytana i niezbyt lubię to ciągłe wspominanie. Stara historia. Miałam 16 lat, byłam jeszcze w szkole, kiedy producenci serialu wędrowali od szkoły do szkoły, szukając kandydatki do roli Lidki. A potem ta młodzieńcza przygoda zmieniła się w epopeję, trwała siedem lat. Jeździłam na plan zdjęciowy przez całe studia w PWST i jeszcze pierwszy rok grania w teatrze. Siedem lat młodości w tych samych butach, furażerce, mundurze – to się mogło znudzić. Do tego wyjazdy na poligony, wcale nie było łatwo. Nie miałam życia. Potem przyszły długie lata zmagania się z wizerunkiem Lidki. Teraz czuję sentyment do tej postaci, ale wtedy bywało strasznie.