Najnowsza płyta wychodzi poza ramy hedonistycznego popu, które zespół grał z coraz większą inwencją na poprzednich 12 albumach.

Reklama
Reklama

Zobacz na Empik.rp.pl

Elektroniczne aranżacje są ważne, bo muzyka brzmi nowocześnie, jednak piosenki zostały skomponowane ponad muzycznymi podziałami. Bo przecież typowe grupy electro-pop nie nagrywają bluesów czy ballad, jakie znajdują się w repertuarze gwiazd hard rocka.

Wielu fanów może również zaskoczyć, że kilka piosenek ma charakter religijny. Daje znać o sobie młodość muzyków, którzy grali w chrześcijańskich zespołach. I chociaż odeszli od wiary, temat Boga i diabła, aniołów, dobra i zła powraca wręcz obsesyjnie. W uwerturze „Welcome To My World" z brzmiącymi zgrzytliwie syntezatorami Gahan śpiewa: plan diabła się nie powiódł, zostawcie dragi i środki uspokajające, a ja pomogę wam wyśpiewać wszystkie wasze marzenia. „Angel" to wspaniały blues z niezwykle mocnym tekstem. Zamyka rozdziały burzliwego życia muzyków, przede wszystkim wokalisty. Do elektronicznego, syntetycznego podkładu śpiewa o spotkaniu z aniołem, o wyczuwalnej obecności Boga, życiu, które było koszmarem, i przemianie: doświadczeniach oczyszczających jak kąpiel i chrzest. „Znalazłem spokój, którego szukałem przez całe życie" – pointuje Gahan w granym szybko finale.

Kolejną ważną kompozycją jest „Heaven", do którego wideo zostało nakręcone w zdesakralizowanym kościele Faubourg Marigny w Nowym Orleanie, gdzie mieści się obecnie The Marigny Opera House. Partia wokalna znajduje pointę w gitarowym riffie, do którego przejmująco zaśpiewał Martin Gore. Wideoklip jest inspirowany niemal biblijnym filmem „Drzewo życia" Terence'a Malicka. Jego przesłanie brzmi: nie lękajcie się. Gahan wyznaje: „Jestem w niebie".

„Secret To The End" najbardziej zbliżony jest do starszych, bardziej rytmicznych, przebojowych kompozycji. „My Little Universe" przypomina „On The Run" Pink Floyd z „The Dark Side of The Moon", ale jest jeszcze bardziej rozimprowizowane. Do najlepszych kompozycji należy bezsprzecznie piękny blues „Slow" o tym, że w życiu i miłości niepotrzebny jest nam wyścig szczurów. Warto zwolnić, by popatrzeć na gwiazdy i  oczy ukochanej osoby. Pośpiech jest dobry dla głupców.

Najbardziej skomplikowaną aranżacyjnie kompozycję „The Child Inside" zaśpiewał kosmicznie brzmiącym głosem Martin Gore. W „Broken" słychać echo i magię „Enjoy The Silence". W duchu pierwszych płyt zespołu utrzymany jest bezpretensjonalny, taneczny, zagrany prosto „Soft Touch/Raw Nerve".

Płyta ma znakomity finał. Zakręcone „Always" składa się z części industrialnej i onirycznej, śpiewanych na zmianę przez Gahana i Gore'a. Końcowe „All That's Mine" brzmi jak ewangeliczna przypowieść o człowieku zagubionym. Był jak statek rzucany przez fale oceanu, ale, podobnie jak Depeche Mode, wyszedł cało z największych tarapatów.

Polscy fani już docenili nową płytę. W pierwszy weekend kupili 30 tysięcy egzemplarzy.