– Nasz prezydent wyraził wdzięczność i ta rozmowa telefoniczna nie będzie miała dalszego ciągu – powiedział „Rzeczpospolitej" moskiewski analityk Aleksandr Makarkin.
Rosyjski przywódca rzeczywiście nie skorzystał z amerykańskiej propozycji, ale wyraził nadzieję, że „w przyszłości będzie możliwe przywrócenie pełnych relacji między obu krajami".
Żadne informacje natomiast nie wskazują, by prezydenci rozmawiali o najważniejszym obecnie problemie. 2 sierpnia USA definitywnie wypowiadają układ o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu (INF), podpisany jeszcze przez prezydenta Ronalda Reagana i radzieckiego lidera Michaiła Gorbaczowa. Po zapowiedzi w lutym, że Waszyngton za sześć miesięcy przestanie przestrzegać układu, również Rosja formalnie zawiesiła jego wykonywanie i rozpoczęła prace nad nowymi, hiperdźwiękowymi rakietami średniego zasięgu.
– W latach 70., gdy zaczynało się tzw. detente [odprężenie], obie strony rozumiały konieczność ograniczenia ilości rakiet. Teraz nie. Tym bardziej że układ nie obejmuje Chin. Nie ma więc mowy o osłabieniu napięcia ofertami pomocy w gaszeniu pożaru – mówi Makarkin.
Przeczytaj też: Genialna córka prezydenta Putina
Drobne gesty
Jednakże rozmowie prezydentów towarzyszyły gesty wykonywane przez Moskwę pod adresem USA. Według informacji agencji Bloomberg rosyjskie MSZ zaczęło wydawać wizy dla nauczycieli i personelu administracyjnego Anglo-American School of Moscow, założonej jeszcze w 1949 roku przez ambasady USA, Wielkiej Brytanii i Kanady dla dzieci swoich pracowników. Obecne rosyjskie restrykcje doprowadziły do zamknięcia filii szkoły w Petersburgu i bardzo utrudniły jej działanie w rosyjskiej stolicy.
Jednak w Moskwie uważają, że jest to element dyplomatycznego targu niezwiązanego z rozmową prezydentów. W zamian Rosja bowiem domaga się podobno amerykańskiej zgody na zwiększenie liczby pomocniczego (nie dyplomatycznego) personelu swej ambasady w Waszyngtonie. Na razie nie ma więc mowy, by oferta pomocy w gaszeniu pożaru doprowadziła do poprawy stosunków amerykańsko-rosyjskich.
– To sprawa prestiżu. Kreml nie może przyjąć takiej pomocy, musi pokazać, że sam jest w stanie dać sobie radę z katastrofą na Syberii – tłumaczy Makarkin.
Mimo to Kreml oficjalnie poinformował, że „są pewne komplikacje związane z zaopatrzeniem w paliwo i użyciem samolotów oraz helikopterów" w gaszeniu pożarów na ogromnych obszarach.
Miliony hektarów
Od 25 lipca bowiem na Syberii płoną prawie 3 mln hektarów tajgi w Kraju Krasnojarskim, obwodzie irkuckim, Buriacji, Jakucji i Kraju Nadmorskim. Odnaleziono tam ponad 460 pożarów, z których jednak początkowo gaszono tylko około 1/10. – Ich gaszenie jest niepotrzebne, w większości niecelowe ekonomicznie, a nawet szkodliwe dla przyrody – tłumaczył jeszcze w zeszłym tygodniu gubernator Kraju Krasnojarskiego Aleksander Uss. Prawdopodobnie chodziło mu o to, że częściowo paliła się tajga w odległych, północnych regionach Syberii, nie zagrażając żadnym miejscowościom. W dodatku od pięciu lat obowiązuje instrukcja Ministerstwa Przyrody wprowadzająca pojęcie „stref kontroli" leśnych pożarów, gdzie ognia można nie gasić.
Część ekspertów powoływała się przy tym na sytuację w USA, gdzie obecnie płoną lasy w odległych częściach Alaski i Amerykanie zrezygnowali z gaszenia części z nich.
Ale niegaszone pożary na ogromnych terenach (łącznie obecnie większych niż powierzchnia Izraela) doprowadziły do zadymienia największych miast Syberii: Nowosybirska, Krasnojarska, Tomska czy Jakucka. Ich mieszkańcy zaczęli się gwałtownie skarżyć, w części miast wydano zakaz przebywania dzieci na ulicach. – Dym z pożarów bezpośrednio nie zagraża mieszkańcom – uspokajała jednak szefowa Rospotrebnadzoru (instytucji prowadzącej m.in. monitoring stanu higieny w kraju).
Część politologów związanych z Kremlem uważa, że opozycja próbowała wykorzystać pożary (które zbiegły się w czasie z manifestacją w Moskwie) do dyskredytowania władz. Stąd też władze postanowiły nie reagować na płonącą tajgę.
Rozmiar ma znaczenie
Ale rozmiary kataklizmu zaczęły być widoczne nawet z kosmosu, w końcu dymy zasnuły niebo nad Kazachstanem, a płomienie zaczęły docierać do granicy z Mongolią.
Pierwszy zareagował prezydent Putin, każąc Ministerstwu Obrony natychmiast wysłać wojskowe samoloty na Syberię. Do Krasnojarska natychmiast poleciało 20 wojskowych iłów oraz helikoptery. W pięciu regionach Syberii wprowadzono stan wyjątkowy, przy czym w niektórych zdublował on wcześniej wprowadzony stan wyjątkowy z powodu powodzi. Premier Miedwiediew zażądał zaś od prokuratury, by wszczęła śledztwo i sprawdziła, czy lasy nie zostały podpalone.
– Gasić trzeba było miesiąc–półtora temu (gdy płonęły niewielkie tereny – red.). Teraz nie można już sobie dać rady z tak dużymi powierzchniami, tylko deszcz albo śnieg może pomóc – podsumował jednak Aleksandr Jaroszenko z rosyjskiego oddziału Greenpeace. Przy czym organizacja uważa, że płonie więcej lasów, niż podają władze – około 4 mln hektarów.