W czasach kryzysu ulubionym tematem rozmów są pieniądze, a uniwersalną wymówką brak gotówki wywołany trudnymi czasami. Nic dziwnego, że główną rzeczą, na którą narzekają sztaby kandydatów do Parlamentu Europejskiego, są limity wydatków.
– Pieniędzy brakuje na wszystko: billboardy, plakaty, ogłoszenia w gazetach. Oszczędzamy, na czym się da, by przyznany nam limit 260 tys. zł wystarczył do końca kampanii – nie ukrywa Piotr Sawicki, szef sztabu regionalnego PO na Lubelszczyźnie.
[wyimek]Kto nie ma szansy na wyborczy sukces, może zostać „słupem” silniejszego kandydata[/wyimek]
Na kampanię wyborczą do europarlamentu partie mogą wydać maksymalnie 10,3 mln zł. – Większość pieniędzy zostaje w Warszawie. Do pozostałych okręgów trafia ok. 30 procent tej sumy – mówi lider jednej z list PiS. – To ochłapy, którymi trudno się podzielić, a co dopiero robić kampanię z rozmachem.
– W regionach kandydaci są zdani na własną inicjatywę i pieniądze – wtóruje mu szef sztabu wyborczego PiS na Śląsku Piotr Pietrasz.
Jerzy Markowski, „jedynka” SLD na Śląsku, wiceminister górnictwa w rządzie Leszka Millera, ocenia, że na kampanię wydał ok. 50 tys. zł. Jak mówi, większość z własnej kieszeni. Na nagranie profesjonalnego spotu, wykup folderów i reklam w lokalnej prasie. – Nie widać mnie za to na festynach, imprezach plenerowych, bo czuję się tam niepotrzebny – wyznaje „Rz”. – Wolę spotykać się z małymi grupami środowisk, które chcą mnie słuchać. Mój target to środowiska górnicze i hutnicze.
Markowski codziennie pokonuje ok. 300 km. – To mordercze wyzwanie – przyznaje. A licznik kosztów bije.
[srodtytul]Sławni i wpływowi[/srodtytul]
Jak mało wydawać, a mimo to zyskiwać rozgłos? Dobrze mieć zaprzyjaźnionych celebrytów albo stanowisko, które pozwala na prowadzenie kampanii pod pozorem wykonywania obowiązków służbowych.
Pierwszy sposób wybrał Rafał Trzaskowski, który startuje z czwartego miejsca listy PO w Warszawie. Syn słynnego polskiego jazzmana i brat dyrektora Piwnicy pod Baranami promuje się krótkimi zabawnymi filmikami, w których gratis wystąpili jego znajomi: aktorzy Michał Żebrowski, Tomasz Karolak i Piotr Adamczyk oraz piosenkarz Grzegorz Turnau.
Drugą metodę stosuje m.in. numer 2 na pomorskiej liście PO, marszałek województwa Jan Kozłowski. – Ostatnio jest aktywniejszy – mówi jeden ze sztabowców konkurencyjnego ugrupowania. I wylicza: – Bywały dni, kiedy otwierał nawet po dwa Orliki, dawał puchary młodym siatkarkom. Był też gospodarzem konferencji „Rowerowo-wrotkarskie Pomorskie – marką przyszłości” – śmieje się działacz. A inny ocenia: – To pomysł na przebicie się do telewizji w ramach etatowych obowiązków.
Z sugestiami nie zgadza się Małgorzata Pisarewicz, rzecznik Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego. – Aktywność marszałka jest taka, jaka była – powiedziała „Rz”.
Ale przykład idzie z góry. W ostatnich tygodniach kampanii właściwie cały rząd rozjechał się po kraju, ponieważ ministrowie wspierają liderów partyjnych list w kampanii. Bo skoro wicepremier Schetyna może otwierać „przypadkiem” nowe drogi akurat w ostatnich tygodniach agitacji, to czemu w jego ślady nie może pójść ten czy inny lokalny działacz?
[srodtytul]Kasa, słupy i zające[/srodtytul]
Co zrobić, kiedy nie ma się sławnych znajomych, stanowiska w administracji samorządowej, a i na premiera w podróży służbowej liczyć nie można? Albo wybrać biedakampanię na piechotę i liczyć na cud, albo pomóc własnej partii w inny sposób – zostać „słupem” czy może „wyborczym zającem” pewniaka na liście. W ten sposób własną słabość można przekuć w sukces kolegi. I liczyć na jego wdzięczność w przyszłości. Jak to zrobić? Przekazać środki z własnego funduszu wyborczego do dyspozycji silniejszego kandydata.
Sztabowcy partyjni usiłują unikać rozmów o przekazywaniu limitów przez kandydatów określanych jako „słupy”. Choć jest to proceder legalny. Powód? – To obawy wizerunkowe. Ludzie mogą odnieść wrażenie, że startują tak naprawdę dwie, trzy osoby, a reszta nie prowadzi kampanii, wypełnia tylko listy. Wyborcy mogą odebrać to jako lekceważenie – mówi o tej praktyce jeden ze sztabowców.
– Miałem obiecane 5 tys. zł, ale w trakcie kampanii okazało się, że brakuje pieniędzy na promocję lidera listy – opowiada „Rz” jeden z młodych pretendentów do europarlamentu z list PO. – Zostałem z plikiem kilkudziesięciu ulotek. Część rozdałem znajomym, a resztę zostawiłem sobie na pamiątkę.
Pełnomocnik finansowy jednej z największych partii w kraju przyznaje, że taki proceder uprawiany jest powszechnie przez wszystkie komitety wyborcze. – Wszyscy się do Parlamentu Europejskiego nie dostaną, dlatego warto postawić na tych, którzy na mandat mają realną szansę. Tylko tak można poradzić sobie w kryzysowych czasach – mówi „Rz”.
Jednak nawet liderów list nie stać na prowadzenie wystawnej kampanii. Brak funduszy spowodował, że liderka lubelskiej listy PO prof. Lena Kolarska-Bobińska postawiła na kampanię bezpośrednią. Normą są trzy, cztery spotkania z wyborcami w różnych częściach województwa jednego dnia. Pani profesor dostrzega jednak w tej sytuacji wiele zalet. – Prawdziwa kampania polega na rozmowie. Ja teraz właśnie czuję, że mój start ma sens – mówi „Rz”.
Niestrudzenie z mieszkańcami dyskutuje także np. lider listy PiS w Wielkopolsce Konrad Szymański. – Wyborców skuteczniej przekonuje się podczas bezpośredniej rozmowy – potwierdza „Rz” Szymon Szynkowski, koordynator kampanii Szymańskiego.
– Dziś wszyscy, także partie polityczne, liczą każdy grosz – przyznaje prof. Grzegorz Janusz, politolog z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Ale nie widzi w tym zagrożenia, lecz szansę. – Kampania jest mniej plakatowa, a bardziej debatowa.
W świetle tych wyjaśnień określenie „długi marsz po mandat” nabiera całkiem nowego znaczenia, a bieda okazuje się po prostu sposobem na ulepszenie funkcjonowania polskiej demokracji. No i politycy dzięki kryzysowi, zamiast przemawiać, częściej z Polakami rozmawiają.