Kiedy pojawiła się myśl, że już nie po drodze panu z Jarosławem Kaczyńskim?
W październiku. Odbyłem wtedy rozmowę z osobą do dziś bliską Kaczyńskiemu, która nakreśliła mi jego obecny sposób myślenia. Opowiedziała, że od teraz nie będzie już żadnej tolerancji dla jakiegokolwiek odstępstwa od linii. Wtedy wiedziałem, że to już koniec. Strasznie mocno uderzyło mnie to, że prezes mojej partii nie pojawił się na zaprzysiężeniu prezydenta. Powinien był. Ale przecież zawsze byłem osobą nieco odrębną, nie do końca charakterystyczną dla linii. Wtedy były w PiS jeszcze różne skrzydła. I ja byłem jednym z nich.
Chodziło o to, że wasze skrzydło nie dostało tego, co chciało, to znaczy niemal pełnej władzy nad partią?
Nie. Skład władz był wtórny wobec decyzji Jarosława Kaczyńskiego o marginalizacji naszego środowiska. O przykładnym ukaraniu go.
Zmiany kierunków zdarzają się w każdej partii. W PiS było ich wiele.