W koalicyjnym gabinecie partia polityczna może walczyć o swoją podmiotowość na dwa sposoby – albo blokując pomysły innych tworzących go ugrupowań, które sprzeczne są z jej ideologią (gorsze rozwiązanie), albo częściowo przynajmniej realizując swoje obietnice i pozwalając koalicjantom na to samo (lepsze rozwiązanie). Obecny rząd wyraźnie preferuje ten pierwszy model. Ze szkodą dla siebie.
Czytaj więcej
Trzecia Droga powinna wystawić dwóch pretendentów na urząd prezydenta RP. Pierwszym musi być Szym...
Wewnętrzne spory Koalicji Obywatelskiej, Trzeciej Drogi i Lewicy
Proces odróżniania się od koalicjantów (zwłaszcza w przypadku junior partnerów) może irytować wyborców, ale jest podstawą funkcjonowania partii politycznych. Walczą one o popularność w elektoracie nie tylko w czasie kampanii, ale także pomiędzy nimi. Tworząc wspólny gabinet, nie mogą zrezygnować z prezentowania swojej odmienności, bo w takim przypadku szybko zaczną być postrzegane jako niepotrzebne i wyborcy uznają, iż najlepiej zagłosować w następnej elekcji na najsilniejszy podmiot koalicji rządowej. Dlatego nie ma niczego złego w tym, że ugrupowania koalicyjne czasami się kłócą i mają odmienne wizje rozwoju kraju.
Jednak pod koniec kadencji będą rozliczane z tego, jak rządziły i na ile życie obywateli zmieniło się na dobre lub na złe. Zadowalać swoich potencjalnych zwolenników można na dwa wymienione powyżej sposoby – albo blokując złe (z punktu widzenia własnego elektoratu oraz ideologii) pomysły innych, albo wprowadzając w życie dobre i przedstawione w kampanii obietnice. Gabinet Donalda Tuska wyraźnie preferuje ten pierwszy model. PSL nie pozwala na liberalizację prawa aborcyjnego, w zamian za co Lewica blokuje zwiększenie liczby niedziel roboczych. Lewica z kolei chce wprowadzenia związków partnerskich, ale nie ma na to zgody całej Trzeciej Drogi. Ktoś ma pomysł na obniżenie składki zdrowotnej, ale ktoś inny (w imię zasad, oczywiście) sprzeciwia się temu, bo nie chce tego jego elektorat. I tak dalej.
W efekcie rząd zaczyna buksować w miejscu, a tworzące go partie chwalą się nie tym, co zrobiły dla swych wyborców i ile obietnic zrealizowały, ale tym, ile pomysłów koalicjantów zablokowały. Zamiast więc zyskiwać popularność swoimi działaniami, chcą poklasku za skuteczne przeszkadzanie innym. „Libki” mają cieszyć się z powstrzymania szaleństwa „lewaków”, a „konserwy” – z zablokowania liberalnych pomysłów.