Podobnie można dziś powiedzieć o USA. To Stany silne gospodarczo i militarnie – Stany, które chcą dalej gwarantować bezpieczeństwo Unii Europejskiej.

Wybory prezydenta USA są bowiem wyborami światowego przywódcy. Jeśli nowy prezydent zdecyduje się prowadzić politykę izolacjonizmu lub zdecyduje o redefinicji geopolitycznych sojuszy, na przykład ocieplając relacje z Rosją, by zbudować przeciwwagę dla rosnącej potęgi Chin, nawet najlepszy polski minister obrony i nawet najlepsza polska armia mogą się okazać bezradni wobec zagrożeń wywołanych przez zmiany w światowej architekturze bezpieczeństwa.

Można z tego wyciągnąć tylko jeden wniosek dla polskiej polityki zagranicznej. Gdy Ameryka okazuje się nieprzewidywalna, a Rosja coraz bardziej ostentacyjnie pręży muskuły, powinniśmy pielęgnować dotychczasowe polskie sojusze – te regionalne i te europejskie. Tymczasem nasze relacje z Francją czy Niemcami – sądząc z listu ministrów obrony tych dwóch krajów – nie wyglądają najlepiej.

Na krótką metę zwycięstwo Donalda Trumpa mogłaby być na rękę obecnej władzy. Wszak wielka zmiana, jaką obiecał w polityce amerykańskiej, skutecznie odwróciłaby uwagę światowej opinii publicznej od sytuacji nad Wisłą.

Ale nawet jeśli Trump przegra, to i tak tegoroczna amerykańska kampania wyborcza była dla PiS wystarczająco dobrą wiadomością. Rok temu problemy, na jakie zwracała uwagę partia rządząca w Polsce, wydawały się łamać zasady politycznej poprawności nie tylko w naszym kraju.

Jednak to, co działo się w USA przez ostatnie miesiące, obaliło wiele stereotypów na temat tego, co wolno, a czego nie wolno powiedzieć w skali globalnej. Upartyjnienie mediów, krytyka polityki gabinetowej i establishmentu, upominanie się o narodową godność – wszystko to Trump postawił w centrum swej kampanii i tym podbił serca milionów Amerykanów.