Bartłomiej Misiewicz, były rzecznik Antoniego Macierewicza i szef jego gabinetu politycznego, pracuje w Polskiej Grupie Zbrojeniowej podległej MON. Jak ujawniliśmy w poniedziałek wieczorem w internecie, jest on pełnomocnikiem zarządu do spraw komunikacji. We wtorek Misiewicz był już widziany w PGZ.

Z nieoficjalnych ustaleń „Rzeczpospolitej" wynika, że miesięcznie ma zarabiać 50 tys. zł. Takie pensje otrzymują pełnomocnicy zarządu w spółce, a dyrektorzy zarządzający 35 tys. zł. To nie wszystko, bo poza służbowym samochodem może liczyć też na wysoką premię.

– Jest ona równowartością rocznego wynagrodzenia, bo takie są zasady w spółkach strategicznych dla państwa, jeśli spełni się warunki postawione przez radę nadzorczą. Tu zapewne tak się stanie – mówi nam osoba znająca warunki pracy w spółkach zbrojeniowych.

Co ważne, pełnomocników nie ogranicza nowa ustawa o zasadach kształtowania wynagrodzeń osób kierujących niektórymi spółkami, która weszła w życie we wrześniu 2016 r. Miała obniżyć horrendalnie wysokie wynagrodzenia i premie szefów spółek kontrolowanych przez państwo, takich jak KGHM, PKN Orlen czy PGNiG. Misiewicza obniżka nie dotyczy.

Po co Polskiej Grupie Zbrojeniowej pełnomocnik zarządu ds. komunikacji, jaki będzie zakres obowiązków Misiewicza i skąd tak wysoka pensja w kontrakcie? Odpowiedzi od spółki nie otrzymaliśmy.

26-letni Bartłomiej Misiewicz jest najbardziej zaufanym współpracownikiem ministra Macierewicza. Choć skończył jedynie liceum, we wrześniu 2016 r. został członkiem rady nadzorczej PGZ. Specjalnie dla niego zmieniono statut spółki, jednak nie wytrzymał presji i zrezygnował z pracy.

Misiewicza zaczęli krytykować nawet politycy PiS, m.in. Jarosław Kaczyński, który stwierdził, że „powinien zniknąć ze sceny publicznej". W lutym tego roku poszedł na urlop, ale do MON już nie wrócił. ©?