Maciej M. to jeden z najbardziej znanych w stolicy biznesmenów skupujących roszczenia do znacjonalizowanych nieruchomości. Andrzej M. to adwokat specjalizujący się w sprawach reprywatyzacyjnych. Od maja są w areszcie.
Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita", do już ciążących na nich zarzutów doszedł nowy, dotyczący spektakularnej próby przejęcia metodą na kuratora z Karaibów wartych fortunę gruntów w Warszawie.
– W sierpniu Andrzejowi M. i Maciejowi M. postawiliśmy zarzut usiłowania doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem o wartości 714 mln zł, czyli usiłowania dokonania oszustwa – mówi Piotr Kowalczyk, szef Prokuratury Regionalnej we Wrocławiu, która prowadzi większość śledztw związanych z tzw. dziką reprywatyzacją w stolicy.
Jak twierdzą śledczy, mecenas i biznesmen chcieli przejąć tereny obecnych ogródków działkowych, znajdujących się w dzielnicy Mokotów, w obrębie ulic Piaseczyńska, Idzikowskiego i Sobieskiego. Niezwykle atrakcyjnych, o powierzchni ok. 20 hektarów.
Historia wiąże się z głośną sprawą Monzap SA. Przedwojenna firma o tej nazwie należąca do Szwedów była potentatem w produkcji zapałek. Posiadała cenne grunty w stolicy, które po wojnie dekretem Bieruta zabrało państwo. Za utratę praw w przedwojennej spółce Szwedom, jeszcze w czasach PRL, zapłacono odszkodowanie.
Nieoczekiwanie ponad pół wieku później „zapałczaną" spółkę reaktywował w 2006 r. mec. Andrzej M. na podstawie pełnomocnictwa rzekomo jedynego akcjonariusza – którym była spółka zarejestrowana na Karaibach (kulisy opisała w czerwcu 2016 r. „Gazeta Wyborcza"). Wskrzeszona spółka pod nazwą Monzap SA miała zajmować się m.in. obrotem nieruchomościami.
Reaktywacja miała jasny cel: przejęcie terenów, jakie państwo zabrało przedwojennej firmie – uważają śledczy.
Mecenas Andrzej M. podjął starania o zwrot ziemi w Biurze Gospodarki Nieruchomościami ratusza (BGN po aferach z dziką reprywatyzacją już rozwiązano – red.), a gdy w 2012 r. wycofał się ze sprawy, do Monzapu wszedł Maciej M. i został prezesem ożywionej spółki.
Zabiegi o zwrot ziemi udaremnili Szwedzi, zdumieni, że ktoś stara się o ich dawną własność. Zawiadomili ratusz i zastrzegli, że z próbą przejęcia nie mają nic wspólnego, nigdy też nie starali się o wskrzeszenie spółki.
Prokuratura uważa, że do reaktywacji nigdy nie powinno dojść, bo Monzap SA wskrzesiła spółka do tego nieuprawniona. Firma prawdziwego akcjonariusza miała siedzibę w Szwecji, tymczasem reaktywacji dokonano na wniosek firmy, która się pod nią podszyła – o identycznej nazwie (tyle że z dopiskiem „Ltd.") z siedzibą na Karaibach. Skoro spółka z Karaibów nigdy nie była akcjonariuszem Monzapu, to wskrzeszenie spółki – jak ocenili śledczy – było bezprawne. Także dlatego, że prawdziwej szwedzkiej spółce na mocy zawartego w 1949 r. porozumienia między rządem polskim a szwedzkim wypłacono odszkodowanie za akcje utracone w przedwojennym Monzapie (które przeszły na własność Skarbu Państwa i zostały zdeponowane w NBP).
Podsumowując: karaibska spółka nie mogła się podawać za właściciela Monzapu, bo nigdy nie była właścicielem akcji i nie mogła nim zostać np. w drodze kupna od Szwedów. Do takich wniosków doszli już warszawscy prokuratorzy, którzy w kwietniu 2017 r. (o czym pisała „Rzeczpospolita") oskarżyli Macieja M. o formalne zaniedbania przy zarządzaniu reaktywowaną spółką.
Obecne zarzuty te ustalenia potwierdzają. – Mechanizm oszustwa polegał na próbie ustanowienia prawa wieczystego użytkowania na nieruchomości gruntowej, która należała do przedwojennej spółki Monzap, poprzez usiłowanie wprowadzenia w błąd pracowników BGN ratusza co do posiadania w tym zakresie uprawnień – mówi prok. Piotr Kowalczyk.
Wartość terenów, jakie usiłowano przejąć, jest ogromna – 714 mln zł – to szacunek biegłych powołanych przez wrocławską prokuraturę. Zarówno mecenas Andrzej M., jak i biznesmen Maciej M. nie przyznali się do zarzutów.
W zeszłym roku, jeszcze przed zatrzymaniem, mecenas M. twierdził w mediach, że reaktywację zlecił mu „mówiący po polsku, z wyraźnym akcentem, obywatel Niemiec". To on miał mu dostarczyć „wyglądające na wiarygodne" dokumenty.
Obecne zarzuty to niejedyne, jakie mają mecenas i biznesmen. Obu, wraz z sześcioma innymi osobami, w maju 2017 r. zatrzymało CBA – w tym gronie był też syn Macieja M., dwoje innych adwokatów (występowali jako kuratorzy spadkobierców nieruchomości) i biegli. Tamte zatrzymania – jak podawała Prokuratura Krajowa – dotyczyły nadużyć przy reprywatyzacji ze szkodą na 46,1 mln zł. Chodziło wówczas o działki przy pl. Defilad – koło Pałacu Kultury (dawny adres ul. Sienna 29), przy ul. Twardej 8 i 10 (skąd wyrzucono znane gimnazjum) i ul. Królewskiej 39 w Warszawie.
W sprawach dzikiej reprywatyzacji śledczy z Wrocławia postawili dotąd zarzuty 19 osobom. – Ruszyliśmy dopiero wierzchołek góry lodowej – twierdzą.