Robert Gwiazdowski – adwokat i profesor Uczelni Łazarskiego – stawia w „Rzepie” istotne pytania. Doraźne – dotyczące bezpieczeństwa dzieci w internecie i granic naszej prywatności, ale też filozoficzne – o sens definiowania przez postulaty. Zanim polecę mu słynny utwór Taco Hemingwaya „WNP” (najlepsze uzasadnienie do projektu ustawy antypornograficznej i ocena skutków tej regulacji w jednym), pozwolę sobie na kilka słów polemiki.

Co pornografią jest, a co nie jest

W polskim kodeksie karnym nie ma definicji pornografii. A jest kilka przestępstw, które nawiązują do jej rozpowszechniania. Czy to znaczy, że twórcy kodeksu, pod przewodnictwem legendarnego Kazimierza Buchały, wstydzili się o pornografii rozmawiać? Nic podobnego, po prostu przyjęli, że najlepszym panaceum na trudne do zdefiniowania treści jest pozostawienie ich oceny doktrynie. Kodeks ma się dobrze od 1997 r. – nikt nie ma problemu z tym, co pornografią jest, a co nie jest. Nawet BigTech-y dość skutecznie filtrują treści dla dorosłych – na YouTube czy Facebooku ich nie uświadczysz, algorytm wycina najbardziej pikantne scenki, zanim zobaczy je choć jeden użytkownik.

Czytaj więcej

Robert Gwiazdowski: Porno na Radzie Ministrów

Niestety, poza tymi względnie bezpiecznymi przystaniami, dzieci są w sieci wobec pornografii bezradne. Z badań NASK wynika, że wiek pierwszego kontaktu z internetowym porno to średnio 11 lat. Najczęściej przez przypadek, najczęściej przez działanie algorytmów polecających treści na podstawie zainteresowań dorosłych użytkowników komputera, tabletu czy smartfonu. Raport „Internet Dzieci” przygotowany przez fundację „Instytut Cyfrowego Obywatelstwa” przynosi kolejne dane, od których włos na głowie się jeży. W grupie wiekowej badanych w wieku 7-14 lat, na wysokim miejscu wśród ulubionych jest… serwis pornograficzny. I rzeczywiście rodzice są, będą, bo zawsze byli, pierwszą linią ochrony swoich dzieci przed takimi treściami. Tyle że kontrolę rodzicielską instaluje dzieciom zaledwie 1/3 z nich. To i tak postęp ostatnich lat, osiągnięty dzięki mrówczej pracy NASK i organizacji walczących o cyfrowe dobro dzieci.

Sposoby weryfikacji wieku w życiu codziennym

Potrzeba weryfikacji wieku pojawia się w wielu sferach codziennego życia. Kasjerka w Żabce pyta młodzieńca o dowód osobisty nie dlatego, żeby się dowiedzieć, kto zacz, ale by podjąć decyzję czy można mu sprzedać piwo albo napój energetyczny. Konduktor w pociągu żąda legitymacji nie po to, by poznać adres czy PESEL studentki, ale by ustalić czy ma ona prawo do zniżki. Sugerowanie, że rząd czy służby specjalne chcą gromadzić takie wiadomości jest absurdem – wystarczy poczytać o założeniach funkcjonowania Europejskiego Portfela Tożsamości Cyfrowej, żeby się takiego myślenia raz na zawsze pozbyć. Jednym z istotnych elementów tej regulacji jest „dowód o zerowej wiedzy” (Zero-knowledge Proof), czyli możliwość przekazania w świecie cyfrowym jednej wybranej danej bez ujawniania jakichkolwiek innych. Działa świetnie w zagmatwanym świecie kryptoaktywów, będzie działać tak samo dobrze jako element elektronicznego portfela.

To pornobiznes, a nie państwo, ma stworzyć (kupić, wybrać?) technologię do potwierdzania wieku. Rząd stawia tylko niezbędne wymogi – ma być skutecznie i z pełnym poszanowaniem prywatności. Reszta w rękach dostawców treści – skoro zarabiają ciężkie pieniądze na obrazkach dla dorosłych, to niech dadzą nam pewność, że te obrazki nigdy nie trafią do dzieci.

 Autor jest doktorem nauk prawnych, adiunktem w Katedrze Kryminalistyki Uniwersytetu Śląskiego, wiceministrem cyfryzacji.

Czytaj więcej

Zakaz pornografii dla młodych i smartfonów w szkołach. Rząd przyjął projekty ustaw