Zgłoszenie wpłynęło do policji pod numer 112. - Mężczyzna, który dzwonił po pomoc mówił, że wpadł do wody, bo załamał się pod nim lód – opowiada Anna Fic, rzecznik warmińsko-mazurskiej policji.
Na pomoc topiącemu się mężczyźnie ruszyli policjanci i strażacy z Lidzbarka Welskiego, bo to na terenie tej miejscowości miało dojść do tragedii.
W poszukiwania zaangażowano tez pogotowie lotnicze i płetwonurkowie. Jak się okazało lód na jeziorze Lidzbarskim był cały, a poszkodowanego nie odnaleziono. Wędkarze, których policja prosiła o pomoc też nic nie wiedzieli.
– Akcja trwała prawie dwie godziny. Nikogo na jeziorze nie znaleziono – opowiada policjantka. Funkcjonariusze dotarli do mężczyzny, który zgłaszał interwencję i zatrzymali go.
To był 26-letni Leszek I. Był pijany. Miał ponad dwa promile alkoholu. Leszek I. początkowo twierdził, że wpadł do jeziora, ale wyciągnęli go koledzy.
– Jednak jego relacja była jednak niespójna i mało wiarygodna. Później przyznał w końcu, że zadzwonił na numer alarmowy dla żartu, kiedy pił piwo. Nie spodziewał się, że jeden telefon spowoduje tyle niepotrzebnych działań – mówi Anna Fic.
Policjantka dodaje, że nawet najgłupszy żart służby ratunkowe traktują śmiertelnie poważnie. - Tak samo przez sąd zostanie potraktowany ten dowcipniś – dodaje policjantka.
Podkreśla, że mężczyzna, który na darmo angażował służby ratunkowe odpowie przed sądem. Grozi mu kara aresztu, ograniczenia wolności, albo grzywny do 1500 złotych. 26-latek może także ponieść koszty akcji służb ratunkowych.
- Dobrze, że nikomu nic się nie stało. Nawet najgłupszy żart musimy traktować śmiertelnie poważnie. W tym czasie ktoś naprawdę mógł potrzebować pomocy policjantów, strażaków, czy pogotowia ratunkowego. Czy sprawca fałszywego alarmu pomyślał o tym? – pyta jeden z policjantów, który brał udział w poszukiwaniach.