Wraz z pogarszającą się sytuacją w Wenezueli w zakresie bezpieczeństwa kraju, możliwość przejęcia arsenału stanowi poważne zagrożenie dla stabilności w regionie.

Zabezpieczenie wenezuelskiej broni przed handlarzami i grupami partyzanckimi powinno być najwyższym priorytetem dla Stanów Zjednoczonych i ich regionalnych sojuszników - przekonuje "Foreign Policy".

Prezydent Wenezueli Hugo Chavez, a po nim Nicolas Maduro, wykorzystał groźbę "inwazji Jankesów" jako pretekst do zakupu i magazynowania broni, głównie z Rosji. W latach 1999-2019 do kraju napłynęła broń rosyjska o wartości miliardów dolarów, finansowana z rosyjskich pożyczek.

Brak przejrzystości w sprawie transakcji powoduje, że precyzyjne wyliczenia są praktycznie niemożliwe. Wiadomo, że rząd Wenezueli kupił w ostatnich latach rosyjskie pociski przeciwlotnicze S-300, sprowadził setki tysięcy karabinów Kałasznikow oraz pięć tysięcy systemów pocisków ziemia-powietrze 9K38 Igła. Sprzęt ten był pokazywany na paradach wojskowych lub opisywanych w ujawnionych kontraktach. Bez wątpienia w posiadaniu armii jest znacznie więcej sprzętu i broni.

Coraz bardziej wątpliwe jest, czy broń ta jest bezpieczne. Skorumpowani członkowie armii mogą sprzedać broń, licząc na szybki zysk, zanim uciekną przed upadającym rządem. Nawet jeśli prezydent Maduro jest w stanie utrzymać kontrolę nad armią, to istnieją powody do obaw w sprawie wycieku broni i sprzętu. Wielu żołnierzy w Wenezueli jest skorumpowanych, od dawna związanych z partyzantami i przestępcami, którzy wspierają prezydenta. Wojsko odgrywa aktywną rolę w handlu bronią i narkotykami.

Upadek rządu w Caracas oznaczałby problem dla zapewnienia bezpieczeństwa. Szczególne zagrożenie stanowią przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe, które mogą być użyte przeciwko lotnictwu cywilnemu. Zakupem takiej broni byłyby grupy m.in. z Kolumbii, Meksyku i Brazylii.