Czytaj więcej

Wojna Rosji z Ukrainą. Dzień 288

Do strzelaniny doszło w donbaskim Nowoszachtyńsku, już na terenie Rosji, 10 kilometrów od granicy i 50 kilometrów od Rostowa nad Donem.

Ubrany w polowy mundur, 38-letni mężczyzna (niosący jednak karabin maszynowy zamiast zwykłego „kałasznikowa”) wdał się w strzelaninę z policyjnym patrolem - ubranym po cywilnemu. Jeden policjant został ciężko ranny w brzuch. Władze zamknęły wyjazdy z miasta i nakazały mieszkańcom 100-tysięcznego Nowoszachtyńska pozostanie w domach, na ulicach zaczęła się obława. Dezertera złapano w środę, w zabudowaniach opuszczonej fermy trzody chlewnej na skraju miasta.

Wtedy okazało się, że dezerter jest jednym z więźniów zwerbowanych przez firmę najemników Wagner Jewgienija Prigożina. Był to niejaki Paweł Nikolin, skazany za kradzież i rozbój. Mężczyzna odsiadywał wyrok w łagrze nr 4, w pobliżu stolicy Baszkirii, Ufy. Tam został zwerbowany przez wysłanników Prigożina.

„Dezercja to śmiertelny grzech” – mówił milioner podczas jednego spotkań z więźniami, których zachęcał do wstępowania do swych oddziałów. Obecnie wszyscy są przekonani, że Nikolin zostanie zabity przez „wagnerowców”, nie wiadomo tylko jak. Znajduje się bowiem w rękach policji, która wszczęła przeciw niemu postępowanie m.in. o nielegalne posiadanie broni, którą – co wszyscy wiedzą – dostał służąc w oddziale najemników.

Czytaj więcej

Rusłan Szoszyn: Putin zrzuca maskę. Tak, jestem imperialistą

Sam Prigożin też zapowiedział śledztwo, ale w sprawie tego „jak wiadomość o incydencie dotarła do dziennikarzy”. A ponadto chce ustalić „jak ten człowiek przekroczył rosyjską granicę”. To ostatnie wywołało konsternację propagandystów Kremla. Dla nich bowiem granica Rosji jest tam, gdzie linia frontu. Formalnie zaś granicę za Nowoszachtyńskiem (między Rosją a tzw. Doniecką Republiką Ludową) zlikwidowano we wrześniu, gdy Kreml anektował tereny rządzone przez separatystów, choć utrzymano tam kontrolę celną.

Dzień przed strzelaniną z Nikolinem, ukraińscy dowódcy z okolic Bachmutu poinformowali, że po rosyjskiej stronie frontu zakończyła się obława na dużą grupę dezerterów z „Wagnera”. Nikolin uciekł z okopów 24 listopada, mniej więcej w tym samym czasie front porzuciło kilkunastu innych najemników. Pościg za nimi trwał do 5 grudnia, wszystkich podobno zastrzelono.

Pierwsze dezercje z frontu (i to masowe) odnotowano jeszcze latem, gdy kilkunastu rosyjskich żołnierzy uciekło z „przyczółka chersońskiego”

- Czy są chłopcy, którzy porzucają swoje pozycje bojowe? Tak, zdarzało się i coś takiego, ale obecnie coraz mniej i mniej – zapewniał prezydent Putin na spotkaniu z członkami własnej Rady ds. Praw Człowieka. - Powtarzam jeszcze raz, nic podobnego u nas nie ma charakteru masowego – dodał.

Pierwsze dezercje z frontu (i to masowe) odnotowano jeszcze latem, gdy kilkunastu rosyjskich żołnierzy uciekło z „przyczółka chersońskiego”, przeprawiło się przez Dniepr i zniknęło gdzieś w stepach na wschodnim brzegu rzeki. Obecnie ucieczki rozpoczęły się wraz z nadejściem mrozów na wschodniej Ukrainie. Wbrew powszechnej opinii oddziały najemników Wagnera wcale nie są lepiej wyposażone niż regularna armia. – Dostałem kałasznikowa, dziewięć naboi, kamizelkę kuloodporną, bagnet i więcej nic – mówił 26-letni „wagnerowiec”, Aleksander Bołczew, którego Ukraińcy wzięli do niewoli.

Czytaj więcej

Gwiazda WNBA Brittney Griner zwolniona z rosyjskiego więzienia w ramach wymiany więźniów

Nie wiadomo jednak jak masowe są dezercje, zarówno z regularnych oddziałów, jak i jednostek najemników. W tych ostatnich zginęło niedawno do 500 ludzi, bowiem dowództwo wysyła je przede wszystkim do szturmowania Bachmutu, zajadle bronionego przez Ukraińców od lipca. Straty ponoszone tam przez Rosjan są ogromne.

To zaś wywołuje sprzeciw wśród żołnierzy. Zarówno ci, którym udało się przeżyć jak i ci, którzy mają tam być wysłani (oraz w okolice Swatowego), odmawiają. W wielu miejscach okupowanej Ługańszczyzny i Doniecczyzny znajdują się miejsca (najczęściej to rozległe piwnica, ale i zwykłe łagry) w których przetrzymywani są „otkaznicy” („odmawiający”). Wśród są też, ci którym zakończyły się kontrakty na służbę zawodową, ale dowódcy nie chcą ich puścić do domu, jak i ci, którzy domagają się skierowania do alternatywnej służby wojskowej.

- U nas nie ma żadnych łagrów, „zon” (zwyczajowa nazwa łagrów, ale i więzień - red.) i tak dalej. Wszystko to nonsens i fejki, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością – zarzekał się Władimir Putin na tym samym środowym spotkaniu z urzędowymi obrońcami praw człowieka.

Prezydent ma pecha. Dzień po tym zebraniu władze obwodu pskowskiego zwróciły się do prokuratury generalnej, by wszczęła śledztwo w sprawie przetrzymywania w piwnicach 265 żołnierzy, którzy odmówili wyjazdu na linię frontu. – Trzymano ich dwa tygodnie w piwnicy bez jedzenia i w nieludzkich warunkach – mówił wcześniej adwokat Paweł Czikow, do którego zgłosiło się dwóch żołnierzy stamtąd. Jednym z nich był Andriej Wasiliew, właśnie z Pskowa, który odmówił wyjazdu do okopów bowiem nie dostał żadnego wyposażenia (śpiworu, jedzenia etc.). W końcu go wypuszczono, bo skończył mu się kontrakt zawodowego żołnierza.