– Mam pełnomocnictwa od samego prezydenta, wszystkich innych mam gdzieś. Ja muszę wygrać tę wojnę za wszelką cenę – tak do więźniów łagru pod Tułą przemawiał człowiek podający się za Jewgienija Prigożina. 150 skazanych zgłosiło się do walki.

Prigożin, „kucharz Putina”, sam był więźniem, jeszcze w ZSRR był dwukrotnie skazywany, w tym za stręczycielstwo nieletniej. – Odsiedziałem na Północy – mówił „łysy, niewysoki mężczyzna z gwiazdą Bohatera Rosji na piersi” więźniom w łagrze pod Jarosławlem. Skazańców, którzy go słyszeli i widzieli („na dziedziniec wygonili wszystkich, nawet tych z kwarantanny”), odnaleźli dziennikarze niezależnego rosyjskiego portalu „Mediazona”.

Czytaj więcej

Kreml zapewnia, że nie chce niszczyć dolara we współpracy z Turcją

Werbuje więźniów ze wszystkich łagrów aż po Ural (na razie nie ma wiadomości z Syberii). Z każdej „zony” jest od 100 do 300 chętnych.

Prigożin zrobił karierę najpierw jako restaurator w Petersburgu, a potem jako dostawca kateringu na Kreml (stąd jego przezwisko). Nie przeszkodziły mu w tym poprzednie wyroki. W 2014 r. powstała „prywatna firma wojskowa Wagner”, której jest podobno założycielem (tak jak i petersburskiej „fabryki trolli”). Najemnicy walczyli w Donbasie i Syrii. Ale w 2018 r. Prigożin skonfliktował się z dowództwem rosyjskiej armii, gdyż zaczął w Syrii wykonywać zadania innych zleceniodawców. Doprowadziło to jego najemników – pozbawionych wsparcia – do klęski w lutym 2018 r. pod Dair az-Zur w starciu z oddziałami amerykańskimi.

Czytaj więcej

Ławrow na czele delegacji na ZO ONZ. Putin "nie przewiduje wystąpienia"

„Kucharz” stracił łaski Putina, ale przeniósł swoich najemników do Afryki. – Nie jesteśmy siłami zbrojnymi, tylko prawdziwą uzbrojoną bandą. Moi chłopcy wchodzą do afrykańskiego kraju i w ciągu dwóch dni nie zostawiają tam nikogo żywego – zachęcał łagierników.

Pierwsi więźniowie przyjechali na front z łagrów i więzień w okolicach Petersburga prawdopodobnie pod koniec czerwca. W pierwszych starciach ponieśli duże straty, podobno dochodzące do 10–15 proc. – Wasza decyzja o służbie w naszej firmie to umowa z diabłem – nie ukrywał Prigożin. Ale tych więźniów, którzy nie chcieli u niego służyć, szefostwo łagrów wsadzało do karcerów.

W Ukrainie różne firmy najemników (obecnie podporządkowane bezpośrednio wywiadowi wojskowemu GRU) straciły do tej pory ok. 12 tys. ludzi. Na froncie znana jest historia oddziału pod dowództwem „Sewera”, który towarzyszył dwóm rosyjskim kolumnom wdzierającym się do Ukrainy z Białorusi. W nocy obie kolumny uznały sąsiada za wroga i zaczęły się ostrzeliwać. Najbardziej oberwał oddział najemników, który znalazł się pomiędzy nimi. „Sewer” zmarł w szpitalu, pozostali przy życiu najemnicy podpisali kontrakty z regularną armią. Kolejna firma ministerstwa obrony „Reduta” została rozbita przez Ukraińców w okolicach Bachmutu.

Czytaj więcej

Schroeder może pozostać w SPD. Nie złamał regulaminu partii

Po dwóch miesiącach walk wojsko zwróciło się więc do Prigożina, choć nie zaprzestało werbunku najemników do swoich firm. W kwietniu „Kucharz” po raz pierwszy był w Donbasie. – Już widział siebie dowódcą. Nawet stawał nad mapami sztabowymi, cały taki bohaterski – opowiadał dziennikarzom jeden z jego petersburskich znajomych.

Za wysyłanie najemników odpowiedzialni są szefowie więzień i łagrów, choć nie ma na to formalnej podstawy prawnej. Prigożin obiecuje im amnestię dopiero po sześciu miesiącach walk, jeśli ktoś przeżyje. Najczęściej wystawiają im dokumenty na ich własne kryminalne przezwiska. Uniemożliwi to późniejszą identyfikację, choć i tak jedynie ok. 10 proc. więźniów ma krewnych, z którymi utrzymuje kontakt.

Ochotników wysyłają na krótkie szkolenia. – Albo do oddziałów szturmowych, albo do rozminowania – mówi szefowa organizacji zajmującej się więźniami „Ruś siedząca” Olga Romanowa. – Te opowieści o amnestii to oczywiste brednie – podsumowuje zobowiązania Prigożina.

Według informacji „Rusi” oddziały złożone z więźniów są pilnowane na froncie przez „oddziały zaporowe” złożone z doświadczonych najemników Wagnera, którzy rozstrzeliwują próbujących się wycofywać. Oddziały ukraińskie już odnotowały napływ nowych „ochotników” na front. – Tych świeżo zmobilizowanych – i nie ważne skąd, czy z terenów okupowanych, czy z więzień – (rosyjskie dowództwo) traktuje jak mięso armatnie. Wysyłają ich stale jako pierwszych do ataku (…) by wykryć, gdzie są nasze pozycje, które potem ostrzeliwuje rosyjska artyleria – mówi szef ukraińskiej administracji obwodu ługańskiego Serhij Hajdaj.