– Módlmy się za naszych wrogów, by Bóg dał im rozum – takie wezwanie usłyszałem podczas nabożeństwa w Wielki Czwartek w cerkwi katedralnej w Tarnopolu. To ukraińska cerkiew prawosławna, niepodlegająca patriarchom moskiewskim. Powtarzam tę myśl kilku znajomym, najpierw w Tarnopolu, a potem w Kijowie. Odpowiedź jest zawsze podobna: o rozum dla Rosjan można się pomodlić, ale oni go nie mają.

Chcą wracać

Metropolita Epifanij, zwierzchnik ukraińskiej cerkwi, jest bardziej finezyjny. W swoim słowie do wiernych na Wielkanoc kilka razy powtarza słowo „peremoha”. Mówi o zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią, ale nawiązanie do wojennej rzeczywistości jest raczej nieprzypadkowe.

– Ciężko tam na wschodzie – mówi zatroskany Georgij Jankowski, prawosławny kapelan batalionu „Ajdar”, który właśnie walczy pod Charkowem. Sam Jankowski, który przyznaje się do polskich korzeni, tylko czasem bywa na froncie, bo zdrowie mu nie pozwala. Ale na swoją sutannę narzucił polowy mundur swojej jednostki i tak ubrany zjawił się w kijowskim Soborze Świętego Michała.

Czytaj więcej

Święta czasu wojny. Jak mija prawosławna Wielkanoc na Ukrainie?

– Ja im dodaję ducha, ale na szczęście w Ajdarze mają też dobrą broń. I wygrają – zapewnia ojciec Jankowski.

Taki podniosły nastrój czuć w całym Kijowie. Gdy kilka tygodni temu z okolic miasta wycofały się wojska rosyjskie, mieszkańcy zaczęli tu wracać.

– Mieszkam tuż pod miastem. Wyjechałam z miasta, gdy tylko zaczęła się wojna. Teraz wreszcie trzeba wrócić, święta idą – tak powiedziała mi młoda kobieta, z którą jechałem w pociągu z Tarnopola do Kijowa. Jedzie z nią kot i pies. – A jakże miałam je zostawić? – pyta.

Kijów jeszcze żyje rytmem wojennym. Po w miarę spokojnym dniu o 18.50 tutejszego czasu ogłoszono alarm powietrzny

Ale kilkaset tysięcy spośród około 3 milionów mieszkańców Kijowa w ogóle nie chciało go opuszczać, nawet w najtrudniejsze dni. Dziś cieszą się, że w mieście zrobiło się spokojniej. W ciepłą wielkanocną niedzielę napotykam w Parku Hołosiwskim na południu miasta małżeństwo z dzieckiem i psem. Ani na chwilę nie opuścili miasta. – Miałem trzy firmy i wszystkie musiałem zamknąć – mówi około 40-letni mężczyzna. – Nie tracę czasu, uczę się programowania na komputerze – dodaje. Przyznaje, że chodził mu po głowie wyjazd na zachodnią Ukrainę, albo nawet do Polski, ale to by oznaczało zaczynanie działalności od nowa. – I tak niedługo zwyciężymy – mówi z uśmiechem.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Wojenny rytm

W innym parku, na skarpie nad Dnieprem, spotykam dwóch młodzieńców, którzy na ławce dzielą się świątecznym jajkiem prosto z koszyka. Nie tylko jajkiem, w koszyku widać butelkę wina. Jest z nimi jeszcze ich koleżanka, ale tylko wirtualnie, bo łączy się z Baku w Azerbejdżanie. Uciekła przed wojną, ale na razie nie zamierza wracać. Za to jej koledzy mówią: wkrótce wrócą wszyscy, bo zwycięstwo jest bliskie. – Co wtedy zrobicie? – pytam. – Przyjdziemy tutaj i będziemy w tym parku świętować zwycięstwo. Może śniadaniem, a może i długą kolacją – śmieją się.

Na razie Kijów jeszcze żyje rytmem wojennym. Po w miarę spokojnym dniu o 18.50 tutejszego czasu ogłoszono alarm powietrzny. Wciąż od godziny 23 do 6 obowiązuje godzina policyjna. Kto jeździ samochodem, musi zwalniać przy posterunkach policyjnych i pokazywać dokumenty. Worki z piaskiem i betonowe zapory stoją przy niemal wszystkich budynkach rządowych. Na niektórych z nich pozaklejano nawet tabliczki z nazwami tych instytucji. Wiele pomników też obłożono workami.

I choć wszyscy wierzą w zwycięstwo, to nawet gdy worki z piaskiem przestaną zasłaniać tutejsze urzędy i zabytki, powojenna trauma pozostanie. – W podręcznikach do historii będzie zapisane, że to są „raszyści” – powiedział w sobotę o najeźdźcach prezydent Wołodymyr Zełenski, tłumacząc zbitkę słów „faszyzm” i „Russia”.

Bo na wschodzie wciąż jest ciężko.