Na kwestię
delegowania Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego można patrzeć z wielu
perspektyw. Idealiści powiedzą, że to kolejny gwałt na konstytucji, bo do sądu
konstytucyjnego trafia aktywny polityk, a nie niezależny autorytet prawniczy.
Ale lojaliści obecnego układu rządowego spojrzą na sprawę inaczej; dla nich
Maciej Berek to próba wyrwania TK z układu partyjnego wpływu zbudowanego przez
Prawo i Sprawiedliwość, słusznie skądinąd przypominając obrażające ducha
konstytucji czysto polityczne nominacje Julii Przyłębskiej, Stanisława Piotrowicza
i Bogdana Świeczkowskiego. Są jeszcze pragmatycy, którzy podnoszą argument
skuteczności; godziliby się na Berka, gdyby to personalne wskazanie miało
szansę przejść przez niezbędne procedury i przeważyć na rzecz normalizacji
sytuacji w TK. Dla nich liczy się efektywność ruchu premiera Tuska, a nie
akademickie rozważania, czy Maciej Berek mieści się w definicji idealnego kandydata
na sędziego TK, czy nie.