Limit zarobków lekarzy ulży szpitalom powiatowym?

Pracuję w tym systemie od 26 lat i uważam za błąd tak głęboką ingerencję w regulację wynagrodzeń bez uprzedniej deregulacji fundamentów systemu oraz koszyków świadczeń. Koszyki, czyli wymogi, które stawia się przed szpitalami, są mocno przeregulowane. To generuje ogromne koszty. Tymczasem cały ciężar dyskusji przeniesiono wyłącznie na zarobki lekarzy. Nie zaprzeczam, że kwoty, o których słyszymy w przestrzeni publicznej, mogą być bulwersujące, jednak nie można generalizować, że wszyscy lekarze mają takie warunki. Niektórzy po prostu skorzystali z możliwości, na które niestety pozwalał im system. Wysokie zarobki wynikają z faktu, że niektóre procedury medyczne są wycenione bardzo wysoko, a wynagrodzenie stanowi ich określony procent. Problem nasilił się po nowelizacji ustawy podwyżkowej. Dodatkowo na obecne oczekiwania płacowe wpłynął okres pandemii COVID-19, kiedy nieprecyzyjne zasady dotyczące wypłaty dodatków covidowych, w tym za „incydentalny kontakt” z pacjentem, doprowadziły do tego, że musieliśmy płacić lekarzom bardzo znaczące kwoty.

Reklama
Reklama

Dlatego nasza propozycja, jeżeli chodzi o wynagrodzenia, była zgoła inna. Zakładała rozwiązanie przejściowe dla umów kontraktowych B2B na poziomie 200–210 zł za godzinę, z zastrzeżeniem, że ewentualne wyższe stawki wymagałyby zgody organu założycielskiego, czyli najczęściej władz samorządowych. Wydawało nam się, że jesteśmy w stanie przejść łagodnie przez taką zmianę…

Przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia i NFZ-u twierdzą, że wszystkiemu jest winna zbyt duża liczba szpitali

A teraz?

Teraz 240 zł za godzinę stanie się „podłogą”, tzn., lekarze, którzy zarabiali mniej, przyjdą po stawkę maksymalną.

Czytaj więcej

Kontrolerzy NFZ mieli wykryć bilokację lekarzy, ale jest problem z pieniędzmi na ich etaty

Najlepsi przestaną dojeżdżać do szpitali w mniejszych ośrodkach?

Oczywiście, że przestaną, bo nie będzie im się to opłacało, zwłaszcza przy takich wahaniach cen paliw. Wyobraża sobie pani szpital powiatowy – nawet taki średniej wielkości – który ma Szpitalny Oddział Ratunkowy? Raczej nikt nie będzie pracował na SOR za 240 zł/h. Znam przykłady szpitali, które ogłaszały konkursy ze stawką 1000 zł/h i nie było chętnych. W szpitalach powiatowych nie ma mowy o tym, że zbudujemy potencjał osobowy na takich warunkach, jeszcze z wymogiem, że lekarz musi być zatrudniony na co najmniej pół etatu. To jest sposób na zamknięcie części oddziałów i szpitali. Oczywiście, przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia i NFZ-u twierdzą, że wszystkiemu jest winna zbyt duża liczba szpitali i trzeba część szpitali zamknąć.

A nie trzeba?

Dopóki nie zbudujemy sprawnie działającej podstawowej opieki zdrowotnej (POZ) i opieki specjalistycznej (AOS), wszelkie opowieści o likwidowaniu szpitali są niebezpieczne. Obecne POZ-y to nie są całodobowe praktyki lekarzy rodzinnych, tylko przychodnie pracujące wyłącznie od poniedziałku do piątku w godzinach od 8:00 do 18:00. A co dzieje się po 18:00 i w weekendy? Wchodzi nocna i świąteczna opieka zdrowotna, a pacjenci z braku alternatywy masowo idą na SOR-y i do szpitali. A potem słyszymy od urzędników narzekanie: „Och, mamy za dużo szpitali!”. Tylko jak można mówić o odciążaniu szpitali, skoro przychodnie zamykają drzwi po godzinie 18:00? Doskonale widzieliśmy to zresztą w trakcie pandemii. Cały ciężar opieki spadł na szpitale. Do tego dochodzi kwestia organizacji pracy samych lekarzy. Osoby kierujące POZ-ami mówią mi jasno: przychodzi lekarz na stawkę godzinową i od razu zastrzega w umowie, że przyjmie maksymalnie 3 czy 4 pacjentów na godzinę. W takich warunkach my żadnej piramidy świadczeń nie odwrócimy - my ją całkowicie przewrócimy.

Druga kwestia wiąże się z bezpieczeństwem. Mamy np. duży szpital w Sanoku. Wyobraża sobie pani zamknięcie takiego szpitala w rejonie przygranicznym? Co jeśli wybuchnie wojna? Skąd wtedy weźmiemy zaplecze? I tu wracam do przykładu pandemii, kiedy w pośpiechu musieliśmy organizować nowe łóżka szpitalne. W tym kontekście likwidowanie oddziałów to działanie do pierwszej dużej katastrofy. Przeraża mnie ten brak długofalowej strategii. Dużo mówi się o zagrożeniu wojennym i kupuje się broń za ogromne pieniądze, ale zupełnie nie tworzy się zaplecza medycznego. A na czym to zaplecze ma się opierać? Do tego jest przecież potrzebny chirurg w szpitalu.

W naszym kraju mamy za dużo specjalizacji lekarskich

Czyli powinniśmy zachować nierentowne oddziały chirurgii w szpitalach powiatowych na wypadek wojny.

Jeżeli chodzi o strategiczne miejsca, to w ogóle nie mam co do tego wątpliwości.

Czytaj więcej

Gen. Grzegorz Gielerak: Zanim diagnoza stanie się epikryzą

I potrzebni są tzw. chirurdzy teczkowi, żeby zapewnić obsadę na tych oddziałach? Wyjaśnijmy przy okazji, że to określenie najczęściej odnosi się do chirurgów, którzy nie są na stałe związani z jednym szpitalem, tylko krążą (z przysłowiową teczką w ręku) między różnymi placówkami medycznymi w kraju.

Nie. Jeśli mówimy o tzw. chirurgach teczkowych, to trzeba wyraźnie podkreślić, że to zjawisko dotyczy tylko niektórych specjalizacji zabiegowych. Bardzo wysokie wyceny procedur oraz duże możliwości zarobkowe dotyczą przede wszystkim kardiologii, neurochirurgii i ortopedii. Przenoszenie tych realiów na chirurgię ogólną w szpitalach powiatowych to niepotrzebne generalizowanie problemu.

W naszym kraju mamy za dużo specjalizacji lekarskich. Jako dyrektorzy szpitali od dziesięciu lat apelujemy o zmiany w kształceniu lekarzy. Przez tworzenie mnóstwa wąskich dziedzin całkowicie zatraciliśmy wszechstronność lekarzy pracujących w terenie. Pamiętam jeszcze te czasy, kiedy chirurg w szpitalu powiatowym prezentował naprawdę szeroki wachlarz umiejętności. Jak była taka potrzeba, potrafił odbarczyć krwiaka mózgu, ustabilizować pacjenta i dopiero wtedy na spokojnie szukać transportu do szpitala z neurochirurgią. A jak to wygląda dzisiaj? Dzisiaj chirurg w ogóle się takich rzeczy nie podejmuje, tylko od razu dzwoni po wszystkich szpitalach w okolicy i szuka, gdzie może pacjenta natychmiast przekazać.

Dyrektorzy szpitali w tej chwili eksperymentują na żywym organizmie

Sprawozdawanie czasu pracy lekarzy przez dyrektorów szpitali wyeliminuje problem bilokacji lekarzy?

Może wyeliminuje, ale ja nie wiem, ilu lekarzy zdecyduje się pozostać w systemie po procedowanych zmianach.

Pan spodziewa się, że masowo odpłyną do sektora prywatnego?

Słyszymy takie komunikaty od lekarzy. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli się z tym zmierzyć jako dyrektorzy szpitali, bo powiem szczerze, że wtedy i my obierzemy kierunek do wyjścia, bo nie będzie czego zbierać. My w tej chwili eksperymentujemy na żywym organizmie.

Czym zakończy się ten eksperyment?

Ja trzymam się tego, co powiedział na temat reformy pan premier: że dostępność pozostanie bez zmian. Mam nadzieję, że będzie w tej kwestii konsekwentny. Ministerstwo proceduje w tej chwili swoje pomysły „na twardo”, ale jeżeli skończy się to tak jak myślę, to wiadomo po czyjej stronie będzie leżała porażka. Oczywiście, będziemy słyszeli, że ci dyrektorzy szpitali są nieudolni i nie potrafią negocjować, ale ja mam nadzieję, że pani minister kiedyś wróci do szpitala i da nam przykład, jakie to zdolności trzeba mieć, żeby efektywnie negocjować z lekarzami w nowej rzeczywistości prawnej.