Decyzja prezydenta ws. odebrania Orderu Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu politycznie prezydentowi nie zaszkodzi – ba, być może pozwoli mu nawet zyskać w oczach Polaków. Wystarczy spojrzeć na opublikowany dziś sondaż United Surveys dla Wirtualnej Polski. Za odebraniem orderu opowiedziała się ponad połowa Polaków, przeciw – był co trzeci. Pytanie tylko, czy w tej kwestii nie trzeba było nieco więcej subtelności i wyjścia poza logikę sondażowych słupków. 

Karol Nawrocki podjął decyzję, która niczego nie rozwiązuje

Decyzja Wołodymyra Zełenskiego ws. nadania elitarnej jednostce imienia „Bohaterów UPA” była fatalna i godna potępienia. I z taką reakcją się w Polsce spotkała. Próżno szukać wśród polskich polityków kogoś, kto dzieliłby w tej sprawie włos na czworo. UPA była formacją zbrodniczą, stoi za ludobójstwem Polaków na Wołyniu i Polska – w imię budowy dobrosąsiedzkich relacji z Ukrainą opartych na prawdzie – nie może zgodzić się na gloryfikowanie tej formacji. Ale między oburzeniem i sprzeciwem wobec gloryfikowania UPA, a odebraniem Orderu Orła Białego prezydentowi walczącej z Rosją Ukrainy w kluczowym momencie wojny jest szerokie pole potencjalnych działań. Tymczasem na godną ubolewania decyzję Zełenskiego Nawrocki postanowił odpowiedzieć decyzją, która niczego nie rozwiązuje, a jedynie zwiększa napięcie między Polakami a Ukraińcami.

Przekonanie, iż właśnie Order Orła Białego jest czymś, co skłoni Wołodymyra Zełenskiego do zmiany decyzji, podjętej ewidentnie na potrzeby ukraińskiej sceny politycznej, na której Zełenski znalazł się w opałach w związku z Mindiczgate i koniecznością odsunięcia jego prawej ręki, Andrieja Jermaka, to daleko idąca naiwność. Gdyby pod taką presją Zełenski zrobił krok wstecz, nie tylko nie dość, że nie zapunktowałby u ukraińskich nacjonalistów (na co ewidentnie liczył), ale wręcz straciłby w ich oczach, co z jego perspektywy raczej nie wchodziło w grę. Dlatego zagranie tą akurat kartą przez polskiego prezydenta było również posunięciem na potrzeby wewnętrzne – pokazania wyborcom w Polsce, zwłaszcza wyborcom prawicy, że potrafi być twardy i pryncypialny i że jest gotowy do najbardziej radykalnych posunięć, gdy tylko trzeba bronić Polski i Polaków.

Czytaj więcej

Wołodymyr Zełenski stracił Order Orła Białego

Z decyzji Karola Nawrockiego najbardziej ucieszy się Rosja

Obaj prezydenci grają więc w swoją wewnętrzną grę – i gdyby wszystko to działo się w spokojnych czasach byłby to po prostu jeden z wielu konfliktów między sąsiadami dotyczący odmiennego spojrzenia na historię wzajemnych relacji. Cała sytuacja ma jednak bardzo konkretny kontekst międzynarodowy. Oto w momencie, gdy UE wreszcie jednogłośnie występuje ze wsparciem dla Ukrainy, gdy Rosja łapie wyraźną zadyszkę w wojnie i nawet Donald Trump zaczyna ostatnio przychylniej patrzeć na Kijów, polski prezydent odbiera ukraińskiej głowie państwa ważne odznaczenie państwowe, przekonuje, że Ukraina przy tak zachowującej się władzy nie ma czego szukać w Unii Europejskiej i, wbrew swoim własnym słowom z 2021 roku (gdy był jeszcze prezesem IPN) wskazuje Ukraińcom kogo powinni wybrać na bohaterów narodowych, by zyskać aprobatę Polski. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że sytuacja jest odwrotna – to Polska od pięciu lat stawia opór najeźdźcy, udało jej się przetrwać najgorsze, pojawia się jakiś promyk nadziei – i wtedy nasz sąsiad i sojusznik mówi nam, że musimy się wziąć za siebie, przemyśleć swoje zachowanie i wskazuje, które postaci z naszej narodowej przeszłości akceptuje. Jak byśmy na to zareagowali? Pewnie tak jak reagują Ukraińcy – szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha już zadeklarował, że zwróci Warszawie Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Takich deklaracji będzie z pewnością znacznie więcej. 

Decyzja Nawrockiego oznacza jednak nie tylko eskalację w stosunkach polsko-ukraińskich, choć wydawało się, zwłaszcza wobec spotkania Donalda Tuska z Wołodymyrem Zełenskim, że napięte relacje uda się nieco złagodzić. To przede wszystkim doskonałe paliwo dla rosyjskiej propagandy. Rosjanie niewątpliwie z satysfakcją odnotują, że nawet Polska poznała się na „kijowskim reżimie” i przekonała się, iż to Kreml miał rację żądając „denazyfikacji”. Niewątpliwie z zadowoleniem przyjmą też słowa, że obecna Ukraina nie ma czego szukać w Europie. Bo przecież Moskwie w zasadzie od początku o to chodziło, by w Europie Ukraina nie miała czego szukać. Szkoda, że argumentów na potwierdzenie tej tezy postanowiła jej dostarczyć właśnie Warszawa. 

„Nic nie służy interesom Kremla bardziej, niż konflikt między Polakami a Ukraińcami”. Święte słowa, panie prezydencie.