To już sto lat od dnia, kiedy na ulicach Warszawy zbuntowane oddziały podporządkowane swojemu Komendantowi wypowiedziały posłuszeństwo legalnej władzy Rzeczypospolitej i przeprowadziły zamach stanu, który na ponad dekadę ukształtował mapę polskiej polityki. Mapę zmiecioną ze stołu we wrześniu 1939 r. huraganem historii, której częścią był ów brutalny pucz. O zamachu majowym napisano już bardzo wiele, może i wszystko. Jedno, co pozostaje i w czym nigdy nie doczekamy się konsensusu, to ocena działań Józefa Piłsudskiego i jego ludzi. Jedni lekceważą krew wylaną na ulicach Warszawy, uznając że była to ofiara konieczna, by wyprowadzić Polskę z chaosu i kryzysu demokracji. Inni uważają, że wywołanie wojny domowej, choć krótkiej i z niewielką liczbą ofiar było i pozostanie haniebną kartą polskiej historii. Godną potępienia zawsze i wszędzie.
Czytaj więcej
Pierwotne plany Józefa Piłsudskiego, czyli pokojowa manifestacja wsparta przez pułk ułanów i orkiestrę, runęły. Bardziej niż naiwność, zgubiło go c...
Jaki był bilans zamachu majowego?
Bilans tych katastroficznych dla współczesnych zdarzeń nie był tak tragiczny jak w innych wojnach domowych, które przetaczały się wówczas przez świat, także przez Europę. 379 zabitych, 1000 rannych w efekcie zamachu. Cóż to za liczby? Ktoś powie, przy milionach ofiar w Rosji, czy Hiszpanii. Może to i prawda, z tym tylko, że żadna statystyka nie zmienia wymiaru moralnego tego buntu przeciw konstytucji i legalnej władzy. Tak jak nic nie usprawiedliwi złamania żołnierskiej przysięgi i nie naprawi faktu, że sprawcy tego puczu nigdy nie zostali ukarani. A jego ofiary nie doczekały się prawdziwej rehabilitacji.
O przyczynach zamachu też napisano już niemal wszystko, choć do dziś nie jest jasne, czy Piłsudski planował swoją małą wojnę domową. Znane fakty stawiają tu znak zapytania. Bezwzględnie po stronie byłego Naczelnika była intencja zrobienia porządku, a w kręgu jego najbliższych pełna determinacja do krwawej konfrontacji. Na dzień przed zamachem, w „Kurierze Porannym” Piłsudski potwierdzał, że staje: „do walki jak i poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partii i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści”. Można zrozumieć jego psychikę, jego motywację. Miał się za ojca ojczyzny, który dał jej długo oczekiwaną niepodległość. Ufundował państwo i usunął się w cień. A ojczyzna nie umiała sobie z tą wolnością poradzić. Osuwała się – jego zdaniem – w przepaść, jak pierwsza Rzeczypospolita u swego kresu. Przegrywała swoją szansę. Czy tak było naprawdę?
Czytaj więcej
W 100. rocznicę zamachu majowego warto zadać pytanie, czy musiało do niego dojść? Śledząc wydarzenia polityczne pierwszych lat niepodległości, trud...
Czy Piłsudski się mylił w ocenie polskiej demokracji?
Nie mam wątpliwości, że Piłsudski się mylił. Był żołnierzem; nie lubił polityki partyjnej i jej nie rozumiał. Nie znał się na tematyce społecznej. Był kompletnym ignorantem, jeśli idzie o gospodarkę. A oczekiwanie, że odrodzona polska demokracja w ósmym roku niepodległości, po ponad stu latach zaborów i morderczej obronie przed Sowietami będzie krajem uporządkowanym i przewalczy wszystkie swoje problemy graniczyła ze skrajną naiwnością.
Co ważne, wiosną 1926 r. Polska podnosiła się z kryzysu. Miała nową walutę, złotego, rozpoczęto budowę portu w Gdyni. Istniały zaawansowane plany budowy Centralnego Okręgu Przemysłowego. Udało się przełamać strajki i rozruchy. Polska, choć rozdzierana skrajnymi emocjami w Sejmie i Senacie, miała porządny rząd z Wincentym Witosem na czele i powoli się stabilizowała. Dla legionistów było to jednak za mało. Wierzyli, że tak modny w ówczesnej Europie „porządek” może wprowadzić tylko twarda ręka żołnierza.
Czego chciał Piłsudski? Do końca nie wiadomo. Męczył go jazgot i partyjniactwo. Chciał dymisji rządu Chjeno–Piasta i prawdopodobnie powołania jakiejś formy gabinetu ocalenia narodowego. Jego kandydatem na premiera był Kazimierz Bartel. Tyle, że trafił na twardy opór prezydenta Wojciechowskiego, który nie zgodził się iść ścieżką na skróty. Wobec działań jednostek kontrolowanych przez ludzi Piłsudskiego rząd postanowił się bronić. Sytuacja wyrwała się spod kontroli. Doszło do bratobójczych walk, które na zawsze zostaną hańbą na żołnierskiej czci i mundurze tych, którzy ów konflikt zainicjowali. Jaka Polska wyłoniła się po tym majowym przesileniu?
Czytaj więcej
Setna rocznica przewrotu majowego skłania do zadumy nad dziejami Polski i nasuwa trzy pytania: od kiedy jako naród jesteśmy brutalnie podzieleni id...
Jaka była Polska po zamachu?
Ani totalitarna, ani autorytarna. Choć bez wątpienia autokratyczna. Nie było to państwo haniebne, w wielu sprawach działało z podziwu godną skutecznością. Duża w tym rola samego Piłsudskiego, który nie chciał być dyktatorem. Nie był człowiekiem chorym na władzę, bądź – jeszcze gorzej – przywódcą opętanym jakąś zbrodniczą ideologią. Zadowalał się kultem swojej przeszłości legionowej, poczuciem, że krajem rządzą jego ludzie i stanowiskiem Głównego Inspektora Sił Zbrojnych. Ów miękki kult jednostki przeżył Piłsudskiego i trwał aż do pamiętnego września 1939 r., kiedy cały ów budowany przez Sanację gmach runął wskutek niemieckiej nawały.
Można rzecz jasna psioczyć na rządzących krajem „durniów w lampasach”, narzekać, że nie umieli wprowadzić kraju na ścieżkę nowoczesnej gospodarki, poradzić sobie z analfabetyzmem i zacofaniem polskiej wsi, zbudowaniem nowoczesnej polskiej armii itd. Tyle, że wypada pamiętać, iż mieli na to ledwie 13 lat. To kropla w morzu historii. Możliwe, że gdyby nie tragedia wrześniowa, Polska kolejnych dekad wyrosłaby na dojrzałe nowoczesne państwo potrafiące zyskać sobie zdecydowany prymat w Europie Środkowej. Wszystko to jednak tylko spekulacje. Wrzesień 1939 i kolejne lata powoli zacierały dawne spory, a Polacy – my sami, zmuszeni byliśmy spoglądać w oczy kolejnym śmiertelnym zagrożeniom. Przeżyliśmy; ochroniliśmy depozyt tożsamości narodowej i suwerenności państwa. To już w tych burzliwych czasach wiele. A wszystko, co ponad: z górą trzy dekady żywej demokracji, odrodzenie narodowe, sukces gospodarczy, miejsce w historycznych sojuszach, to już uśmiech Opatrzności. I dowód, że państwo można rozwijać bez dramatycznych kryteriów historii, puczów, zamachów stanu, krwawych ofiar i eksterminacji przeciwników politycznych. Ostatni, który poszedł „ścieżką na skróty” nazywał się Wojciech Jaruzelski i był autorem stanu wojennego. Można wierzyć i robić co w naszej mocy, by taki scenariusz już się nie powtórzył.
Czytaj więcej
Rozliczenia po zamachu majowym trwały wiele miesięcy. Miały świadczyć o potrzebie przewrotu, który się dokonał, oraz o „moralnej sanacji”. Były też...
Jaka lekcja z maja 1926 r.?
Jaka pointa tej lekcji historii? Patrzmy na polską demokrację trzech ostatnich dekad przytomnie, z uwagą i cierpliwością. Nie ma żadnej analogii pomiędzy rzeczywistością polityczną Polski roku 1926 i naszą współczesnością. Nie ma kryzysu demokracji. Rządy, choć się zmieniają, są stabilne (między 1918 i 1926 było ich piętnaście). Nie grozi nam załamanie gospodarcze. Odnotowujemy trwały rozwój. Polska jest bezpieczna w NATO i Unii Europejskiej. Mamy względny społeczny konsensus w sprawie obecności w obu wspólnotach. Choć na wschodzie gromadzą się ciemne chmury, kwestia potrzeby zagwarantowania polskiego bezpieczeństwa jest poza polityczną dyskusją. I – co najważniejsze – mimo polaryzacji, nie ma w polskiej polityce takich skrajności, takiej nienawiści i takiej frustracji jak sto lat temu. A ci, co tego nie chcą, to zdrajcy i wichrzyciele. Doceńmy to, bo lepsze czasy mogą już nam się nie trafić.