I rzeczywiście, w ciągu następnych 30 lat swoboda przemieszczania się po naszym kontynencie stała się – obok euro – najważniejszym symbolem integracji. Objęła 26 państw, od Norwegii po południe Włoch, od Hiszpanii po Grecję.
Ale tak samo jak z euro twórcy umowy z Schengen nie przewidzieli, że ich inicjatywa musi doprowadzić do daleko idącej utraty suwerenności przez kraje, które chcą w niej partycypować. Żyli w świecie zimnej wojny, gdzie nie tylko na wschodzie Europy, ale i na południu dominowały twarde dyktatury, z których wydostać się imigrantom nie było łatwo. Turcy w Niemczech czy Algierczycy we Francji osiedlili się nie tyle z własnej inicjatywy, ile z woli zachodnich rządów: byli potrzebni do pracy w fabrykach.
Dziś to się zmieniło. Są internet i tanie linie lotnicze. Informacje o lepszym świecie błyskawicznie docierają w najdalsze zakątki Ziemi. Nie tylko więc wojny, ale i marzenia o dostatniejszym życiu przyciągają do Europy miliony imigrantów.
Tyle że pierwotna umowa z Schengen zmieniła się niewiele. Nadal każde państwo prowadzi własną politykę azylową, samo kontroluje granice zewnętrzne, decyduje, ile przeznaczyć na pomoc dla uchodźców. Tak, jakby nadal istniał stary świat, w którym państwa w pojedynkę mogły kontrolować, kto się u nich osiedla. Bezprecedensowa fala imigrantów uświadomiła jednak politykom, że to fikcja. Nagle stają oni przed trudnym wyborem: albo opracują wspólną politykę migracyjną, kontroli granic zewnętrznych i przyznawania azylu, albo muszą się wycofać z Schengen.
Dla Polski, najbardziej homogenicznego kraju w Unii, to szczególnie bolesny dylemat. Nie chcemy mieć problemów z imigrantami, jakie przeżywają kraje zachodnie. Dlatego rząd nie zgadza się na oddanie Brukseli prawa do kontrolowania ruchu na granicach. Ale jednocześnie, mając w pamięci komunizm, za nic nie oddalibyśmy swobody podróżowania po Europie: to jeden z najbardziej wymownych symboli naszej przynależności do Zachodu.