Trudno się nie zgodzić z tezą, że jest najbardziej doświadczonym i najwybitniejszym politykiem opozycji. Trudno zaprzeczyć, że ma największy dorobek i najlepsze kwalifikacje do sprawowania funkcji premiera. A już kompletnie poza dyskusją jest, że jako jedyny polski polityk ma tzw. notes, czyli numery telefonów do większości przywódców świata, i potrafiłby, kierując polskim rządem, z tego notesu korzystać.

A jednak badania IBRiS dla „Rzeczpospolitej” pokazują, że nie jest tak oczywistym opozycyjnym kandydatem na premiera, jak mogłoby się wydawać. Jest liderem, ale bez wielkiego dystansu wobec konkurentów. W najszerszym kręgu badanych poparcie dla niego jako kandydata na premiera tylko odrobinę przekracza poparcie dla Koalicji Obywatelskiej. To niewiele więcej niż jedna czwarta badanych.

Zastanawiają również inne liczby. Poza wyborcami deklarującymi związek z prawicą (tu poparcie jest śladowe) także w kręgach wyborców opozycji jego kandydatura nie rozkłada całej konkurencji na łopatki. W tej grupie na Tuska wskazuje co trzeci ankietowany. Wśród niezdecydowanych tylko co czwarty. Zarazem szef Platformy ma ponad 10-punktową przewagę nad drugim Rafałem Trzaskowskim i ponad 15-punktową nad kolejnymi – Szymonem Hołownią i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Niby to dużo, ale zarazem – zważywszy na przepaść w doświadczeniu – jakoś dziwnie mało. Można zrzucić winę na kontrolowane przez PiS media; tam Tuska zwalcza się w sposób bardziej konsekwentny niż samego Putina. Tyle że partyjne media kształtują dziś opinię niemal wyłącznie wyborców prawicy. Konsekwentna dyfamacja nie powinna przekraczać więc granic tej bańki.

Czytaj więcej

Sondaż: Kto kandydatem opozycji na premiera? Donald Tusk bezkonkurencyjny, ale wciąż słaby

Dlaczego Tusk nie dominuje w pozostałych grupach? Po pierwsze, i mniej ważne, to bez wątpienia odbite echo jadu płynącego z TVP. Przeciwnicy PiS tego przekazu nie oglądają, ale słyszą od tych, co oglądają, że Tusk nie jest OK. Po drugie, po powrocie do polskiej polityki były premier nie umiał zdobyć ani serca, ani zaufania zwłaszcza młodych Polaków. Kiedyś to „coś” w sobie miał; posiadał wizerunek miłego, czarującego człowieka. Ale potem stracił. Polacy zapamiętali okres jego rządów jako czas zaciskania pasa i wyrzeczeń. Nieczułości społecznej (podniesienie wieku emerytalnego i rozmontowanie OFE) oraz arogancji „pasącej się na ośmiorniczkach” władzy. Wiem, że to stereotypy i przypięta przez politycznych wrogów etykieta. Niemniej to właśnie wychodzi z badań społecznego optymizmu. Po zimnych draniach z PO przyszły czasy społecznego prosperity, czyli czuła władza kochającego lud PiS-u.

Jak się to ma do perspektyw premierowskich Donalda Tuska? Albo do swego wizerunku profesjonalisty dorzuci – i to w ilościach hurtowych – pozytywną społeczną emocję, albo będzie musiał stanąć w drugim szeregu i na premiera wskazać kogoś, komu Polacy będą mogli zaufać. I kogo pokochają. Czy Donalda Tuska stać na taką metamorfozę? Nie wiem. Może. Ale gdyby jednak nie, tak jak dla polskiej polityki poświęcił swoją europejską emeryturę, teraz powinien poświęcić osobistą ambicję. Przecież Polska jest najważniejsza. A telewizją bym się nie przejmował. Wszak w 2015 r. formacja Donalda Tuska przegrała wybory, gdy na czele TVP stał jego partyjny kolega Juliusz Braun. Można? Ano można.