Solidarny protest większości niezależnych mediów przeciw planom wprowadzenia podatku od reklam w mediach to jedno z poważniejszych wyzwań, jakie stoją dziś przed obozem Zjednoczonej Prawicy. Projekt zmian ma bowiem charakter ustrojowy – podobnie jak wcześniejsze zmiany ustroju sądów, zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym czy Krajowej Radzie Sądownictwa. W propozycji składki solidarnościowej nie chodzi ani o składkę, ani o solidarność. Chodzi o demokrację. Bo bez niezależnych od rządu mediów nie ma demokracji, podobnie jak bez niezależnych od władzy sądów.

Podatek od reklamy ma być w istocie narzędziem transferowania środków od niezależnych mediów do tych, które będą sprzyjać rządowi. Już dziś 2 mld zł idzie z podatków na finansowanie mediów publicznych, większość jednak pochłania TVP, której programy informacyjne stały się propagandową tubą PiS. Rząd chce wykonać kolejny krok i odebrać część zysków z reklam wydawcom – chodzić może nawet o miliard złotych rocznie, z których 0,3 mld trafić miałoby na zależny od rządu fundusz wspierający narodowe inicjatywy medialne.

Dowiedz się więcej: Murem za wolnym dziennikarstwem

Obóz rządowy – można się było przekonać o tym w środę, oglądając TVP Info – usiłuje odwrócić kota ogonem, szczując na media, które wzięły udział w proteście. „Koncerny medialne nie chcą się dzielić z Polakami wielomilionowymi zyskami", „Koncerny medialne traktują Polskę jako kolonię", „Międzynarodowe koncerny medialne nie chcą płacić na służbę zdrowia, kulturę i zabytki" – to tylko kilka z „pasków" w rzekomo informacyjnym programie telewizji publicznej. Tymczasem wśród sygnatariuszy listu znajdujemy takie „zagraniczne" koncerny, jak wydawca „Rzeczpospolitej" polska firma Gremi Media, polski Polsat, polskie: Interia, „Polityka", „Tygodnik Podhalański", „Tygodnik Powszechny" oraz polskich wydawców „Gazety Wyborczej" czy „Dziennika Gazety Prawnej" i wiele innych... To pierwsze kłamstwo.

Drugie brzmi, że to podatek, który ma obciążyć żyjących z reklam w naszym kraju technologicznych gigantów, jak Facebook czy Google. Owszem, to potężny problem, że te firmy nie płacą podatków w krajach, gdzie generują zysk. Po pierwsze, jednak nie ma żadnej pewności, czy PiS uda się zmusić te firmy do płacenia podatków w Polsce, a po drugie, dlaczego przy okazji chcą opodatkować firmy, które w Polsce podatki już płacą? I tu trzecie kłamstwo – każda z legalnie działających firm w Polsce już płaci na polską „służbę zdrowia, kulturę i zabytki", bo płacą tutaj wszystkie obowiązujące składki i daniny. To m.in. z tych podatków dziś finansowana jest telewizja publiczna, walka z koronawirusem czy budżet resortu finansów. Nie jest więc prawdą, że reklamy są w Polsce nieopodatkowane – od każdej z faktur wystawionych na usługi reklamowe każda z firm medialnych płaci VAT i PIT.

Przeczytaj także: Pytania o losy podatku od reklam. Oczy skierowane na Gowina

Widzimy więc, że nie chodzi tu o żadną społeczną solidarność. Chodzi o próbę przebudowy całego ładu medialnego w Polsce za pomocą narzędzi politycznych. PiS po ostatnich wyborach prezydenckich, ale również po protestach będących następstwem decyzji TK w sprawie aborcji, zobaczyło, jak nieprzychylne są mu nastroje społeczne. Wykorzystało już wszystkie zasoby państwowe do budowania swego poparcia, a ono wcale nie rośnie. Biorąc lekcję od swego przyjaciela Viktora Orbána, postanowiło więc dwa i pół roku przed wyborami zabrać się za media, bo uznało, że warunkiem przetrwania rządu jest wielka operacja na umysłach Polaków. Nie uda się jej przeprowadzić, jeśli będą istniały silne i niezależne media. Stąd pomysł podatku, który ma je osłabić, choć media i tak ponoszą straty spowodowane pandemią. I to jest stawką całej tej operacji.

Pytanie jednak, czy uda się tę operację przeprowadzić. To zależy od posłów, senatorów i prezydenta. Politycy opozycji zdają się rozumieć, o co toczy się gra. Politycy PiS również, wszak wolność mediów rozumieją tak, jak była posłanka, a dziś sędzia Trybunału Konstytucyjnego Krystyna Pawłowicz, która wskazywała na portalu społecznościowym nazwiska dziennikarzy, których trzeba zwolnić z TVP, a nie dalej jak w tym tygodniu domagała się, by nowy państwowy właściciel ukarał naczelnego lokalnej gazety, która poinformowała o jej pobycie w spa, choć większość hoteli decyzją rządu jest zamknięta.

Los mediów zdaje się dziś zależeć od koalicjantów: Porozumienia i Solidarnej Polski. Muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcą same zostać wyłącznie na łasce i niełasce zależnych od PiS mediów, które w każdej chwili mogą podjąć decyzję o wycięciu ich z dostępu do opinii publicznej.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ