"Wracam z parafii, w której udzielałem sakramentu bierzmowania. Kolejny raz, stając przy ołtarzu, stawiałem sobie pytanie, ile osób wie, że za ołtarzem stoi biskup, który tuszował, czyli aprobuje, pedofilię. Nie życzę Panu takiego uczucia" – wiadomość o takiej treści dostałem kilka miesięcy temu od jednego z hierarchów, któremu zarzucono zaniedbania przy wyjaśnianiu zarzutów wykorzystywania seksualnego małoletnich przez jednego z podlegających mu duchownych. Biskup ten nie był w stanie zrozumieć, że jedyną drogą do zdjęcia z jego osoby podejrzeń (w jego mniemaniu niesłusznych) jest drobiazgowe wyjaśnienie sprawy przez wskazaną przez Watykan osobę. Nie dopuszczał do siebie myśli, że im szybciej się to stanie, tym lepiej dla niego i całej wspólnoty Kościoła.

Historia ta doskonale obrazuje myślenie wielu hierarchów oraz wyższych przełożonych zakonnych. Wciąż nie rozumieją, że w sytuacji pojawienia się zarzutów o wykorzystywanie seksualne małoletnich przez księdza najlepsza droga to szybkie wyjaśnienie sprawy. W wielu przypadkach droga trudna i bolesna, ale wybór innej przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Analizując sprawę ks. Andrzeja Dymera, trudno jest zrozumieć motywy, jakimi kierowali się trzej biskupi szczecińsko-kamieńscy, którzy wiedzę o tym, że duchowny mógł wykorzystywać małoletnich, posiadali co najmniej od 1995 r., a mimo to powierzali mu eksponowane i odpowiedzialne zadania. Trudno to zrozumieć w kontekście tego, że w 2008 r. kościelny sąd pierwszej instancji uznał duchownego za winnego. Od orzeczenia duchowny się wprawdzie odwołał, ale dalej trudno pojąć opieszałość kolejnego trybunału, który sprawę odwoławczą podjął dopiero pod koniec roku 2017. Przez cały ten czas ks. Dymer cieszył się uznaniem nie tylko biskupów, ale także wielu polityków z pierwszych stron gazet.

„Nie zarzyna się kury znoszącej złote jajka" – taki cyniczny komentarz do sprawy usłyszałem niedawno z ust jednego księdza. Tak, ks. Dymer miał smykałkę do interesów, potrafił odzyskać dla Kościoła nieruchomości, umiał zdobyć pieniądze na ich remonty, poprowadzić kościelną instytucję. Umiał zrobić coś z niczego. Ale jeśli pieniądze stały na miejscu pierwszym, zewnętrzny wizerunek Kościoła był na drugim, dobro wspólnoty może na trzecim, a krzywda i ból ofiar nie były dostrzegane wcale, to mamy do czynienia z całkowitym upadkiem moralnym. Całkowitym odwróceniem priorytetów. Z czymś, co trudno jest nazwać Kościołem Jezusa Chrystusa.

Używam mocnych słów, ale innych po prostu nie ma. Prawdą jest, że księża wykorzystujący seksualnie małoletnich to stosunkowo niewielki procent wszystkich duchownych. Ich czyny idą jednak na konto pozostałych. Ukrywanie ich spraw, opieszałość w ich wyjaśnieniu, niechęć do wyciągnięcia konsekwencji wobec winnych idzie na konto całego Kościoła. Świątynie w Polsce pustoszeją w oszałamiającym tempie. Różne są tego przyczyny, ale jedną z nich jest właśnie podejście hierarchów do kwestii wykorzystywania seksualnego. Co chwilę daje się słyszeć, że ten lub tamten biskup mataczył. Watykan ciągle zleca kolejne postępowania. W ubiegłym roku prowadzono ich co najmniej dziesięć – niektóre, jak sprawa kard. Henryka Gulbinowicza, się zakończyły, inne wciąż się toczą – część jeszcze w Polsce, nad innymi pochyla się Watykan. I co? I nic. Brniemy dalej.

Ks. Andrzej Dymer zmarł. Według informacji Katolickiej Agencji Informacyjnej jego proces w drugiej instancji zakończył się pod koniec zeszłego roku, ale wyrok nie został podany do wiadomości publicznej. Jego ofiary nie usłyszały, czy był winny, czy nie. Jego śmierć nie kończy sprawy. Z szacunku dla ofiar i dla dobra wspólnoty konieczne jest ogłoszenie treści tego wyroku. Czas skończyć z ukrywaniem się, udawaniem, czas naprawdę zabrać się do roboty, sięgnąć po kompetentne osoby świeckie, które pomogą oczyścić cały ten koszyk ze zgniłych jabłek. Póki jest na to jeszcze czas.